Koniec świata jednak nie nadszedł – powrót po depresji

Gdy jestem w depresji, to czasami trudno mi zapanować nad kuszącą tendencją do wyobrażania sobie rozmaitych armagedonów. Końców świata. Katastrofalnych zakończeń różnych sytuacji. Na pewno znacie ten typ myślenia. Trafi się człowiekowi np. drobne skaleczenie małego paluszka, a w głowie już zaczynają na 110% kręcić się trybiki odpowiedzialne za nastawienie, że to się nigdy nie zagoi, nie ma szans na wyleczenie, co najwyżej na gangrenę i sepsę, amputację całego ramienia albo i nawet śmierć w męczarniach. Potencjalnych śmierci w męczarniach jest u mnie oczywiście ze sto przypadków na każdy dzień depresji. A blogowe armagedony? Że już nigdy nic nie napiszę, że wszystko się tu zawiesi, itd. – to też można liczyć w setkach! Tymczasem blog stoi, ja piszę, a Ty czytasz. Końca świata jednak nie było.

Końce świata związane z blogiem

Blogowy koniec świata wyobrażałam sobie nie raz. Zaczynało się na przykład tak: mam pomysł, chciałabym coś napisać, siadam, trudno mi ubrać myśli w słowa, więc przerywam pisanie. Ja nie piszę i już to widzę, że skoro ja nie piszę regularnie, to nikt mnie nie będzie czytał. A umówmy się, nie tworzę tego bloga tylko dla satysfakcji własnej, ale też po to, żeby znalazł odbiorców. Jak nikt go nie czyta, to znaczy, że on się zaraz zawiesi, serwery na których stoi obrosną pajęczyną… A potem, jak już się będę czuła lepiej i jak będę miała lepszy pomysł, a także żadnych trudności z pisaniem, to nawet nie będę miała gdzie tego wrzucić, bo pajęczyna. Logika wątpliwa, ale zagrożenie armagedonem 8/10.

A może taki wariant? Mam depresję i nic mi się nie chcę, i nic nie mogę, nawet ręką ruszyć i palcem kiwnąć, a co dopiero włączyć komputer. A jeszcze zalogować się do panelu bloga i doinstalować aktualizacje, żeby Wam się nic nie wieszało i wszystko dobrze wyświetlało. Jak tego nie zrobię, to nikt nie będzie bloga czytał, ten się zawiesi, serwery w pajęczynie i j.w. armagedon 5/10

Jeszcze inna opcja, czyli zastanawianie się, myślenie, międlenie i mielenie w kółko. Tematy takie jak czym jest dla mnie blog, jaki sens ma posiadanie bloga, pisanie bloga, co mi to daje, co może dać innym, czy to jest choć trochę wartościowe, czy jest z tego jakiś pożytek. I tym podobne. Wbrew pozorom jest to bardzo, ale to bardzo groźna opcja, armagedon 10/10. Dlaczego? Bo jak się straci wiarę w sens robienia czegoś, to potem ciężko odnaleźć ją na nowo. Trzeba w ogóle mieć bardzo dużo odwagi, żeby próbować szukać po raz drugi.

Chciałabym, żeby ta ostatnia depresja przypominała katar

To moja któraś z kolei depresja. Może piętnasta? Może trzydziesta? Nie wiem, nie umiem policzyć, ale zaznaczę tylko, że zdecydowanie nie jestem nowicjuszką w tym temacie. Mimo to tym razem nie umiem dokładnie powiedzieć ile ta depresja tak właściwie trwała. Czasem jest jak z katarem – wstajesz rano i on już jest. Takie wyraźne poczucie, że od dzisiaj, od czwartku 25.04.2019 coś jest nie tak. Tym razem wszystko zaczęło się stopniowo i skończyło też stopniowo. W związku z powyższym mogę tylko orientacyjnie stwierdzić, że moja ostatnia depresja trwała około 7-8 miesięcy.

Ta depresja przez większość czasu była depresją o łagodnym nasileniu. Jak może wiecie: depresję klasyfikuje się na trzech poziomach. Łagodnym, umiarkowanym i ciężkim. Ja mając lekko obniżony nastrój, trochę poniżej normy poziomy energii, lekko pogorszony apetyt i sen, itd. naprawdę przez dużą część tego czasu czułam się jak szczęściara.Osoba, która tym razem nie wyciągnęła pechowej za krótkiej słomki. Było mi źle, ale zdarzało mi się doceniać, że mogło być gorzej. W ciągu tych ostatnich miesięcy na przykład ani razu nie było rozważania iść/nie iść na oddział! Czyli miałam duży “zapas na chorowanie” tak brzydko mówiąc.

Co takiego robiłam z tą depresją? Na pewno bardzo pomogła mi wczesna interwencja lekarska. W odpowiednim momencie (zaraz na początku) zareagowałam i wylądowałam na fotelu u swojej psychiatry. Ona nie czekała i od razu dostosowała moje ówczesne leczenie do pogarszającego się stanu. W ciągu kolejnych miesięcy robiła to jeszcze nie raz. Oprócz tego cały czas byłam też w psychoterapii.W procesie psychoterapii zastała mnie ta depresja, ale gdybym nie była wtedy w terapii, to bym jej szukała. Bo mocno wierzę, że to działanie wpływające na polepszenie się stanu zdrowia.

Po samej diagnozie i czasie trwania nie wygląda to tak źle, prawda? 🙂 Jest oczywiście haczyk! Czyli dlaczego właściwie nie pisałam, gdy miałam depresję? Depresja sama w sobie może wiązać się przecież z kreatywnością, wrażliwością i różnymi plusami, które pomogłyby mi w pisaniu. Niekoniecznie musi kończyć się ciszą na blogu. Ja wybrałam ciszę i wydaje mi się, że zrobiłam słusznie. Dlaczego tak myślę?

Co właściwie się ze mną działo, że mnie nie było

W edytorze do pisania bloga mam zakładkę “szkice”. Gdyby miała ona jakieś limity, to mogłabym napisać, że po ostatniej depresji ta zakładka wręcz pęka w szwach. Takich limitów jednak nie ma, więc daję znać, że mam tych szkiców bardzo, bardzo dużo. Nigdy tyle nie miałam! Jest tam kilkadziesiąt napoczętych wpisów, czasami tylko pomysłów i luźnych skojarzeń, czasami są to całe akapity, teksty napisane niemal w połowie. Po wnikliwym przyjrzeniu się stwierdzam, że niestety na dzień dzisiejszy do niczego się te szkice nie nadają. Tak w praktyce to jest to bełkot, prawie zupełnie dla mnie nieczytelny.

W depresji mogą pogorszyć się różne rzeczy. Można mieć poczucie beznadziei, można się czuć wyalienowanym, można mieć obniżony nastrój, pogorszony sen. Tym co mi siadło najmocniej były zdolności poznawcze. Pamięć. Uwaga. Koncentracja. Umiejętność logicznego formułowania myśli. Czy zastanawialiście się kiedyś jaka to jest sztuka napisać dwa akapity tak, żeby się łączyły sensownie ze sobą? Albo dwa zdania? Jakie to jest wyzwanie, czytać to, co napisane, a nie sugerować się pierwszą literą i wymyślać inny, własny wyraz? Np. “kod promocyjny” może być równie dobrze “kodem produkcyjnym” – jedno od drugiego daleko nie leży. 😉 Jak myślicie, czy można na egzaminie pisemnym odpowiedzieć na zupełnie inne pytania, siedzieć zadowoloną z siebie i zreflektować się w ostatniej chwili, że tam jednak jest coś innego ? 😉 Albo weź tu człowieku bądź mądry i spamiętaj co przeczytałaś w poprzednim akapicie i o czym w ogóle jest rozdział tej książki. Dramat był ze mną straszny. 🙁

Taki stan to nie jest dla mnie dobry moment na pisanie czegokolwiek. Tym bardziej ze świadomością, że ktoś to będzie czytał. Dlatego wybrałam, że nie będę publikować nowych wpisów. Zagrożenie armagedonem duże, ale jednak serio myślę, że publikowanie bełkotu stanowi większe ryzyko blogowego końca świata.

A w czasie depresji na blogu działo się i mało, i dużo

Jeśli chodzi o sferę rzeczy widocznych, to ostatni na blogu jest wpis z grudnia (o remisji i przemijaniu remisji). Poprzedni datowany jest na początek września i mowa w nim o 10 faktach o mnie i moim chorowaniu. Wpis grudniowy potraktowałabym jako wyjątek, tak więc praktycznie nie pisałam tu 8 miesięcy!

Teraz ze sfery rzeczy niewidocznych: po długich dyskusjach sama ze sobą zadbałam o stronę techniczną bloga, czyli np. o przedłużenie domeny, pod którą stoi. Także w związku z tym blog nadal hula, można go wygooglać, można na niego wejść, armagedon 0/10. 😉 Poza tym jeśli chodzi o inne rzeczy niewidoczne: dzielnie zaglądałam co tydzień na bloga, żeby instalować mu na bieżąco wszystkie aktualizacje. Żeby się Wam dobrze wyświetlał, nie włączały się Wam jakieś alerty bezpieczeństwa, itd. 🙂

Co nas czeka jeszcze?

Obecnie jestem w remisji. Powoli odzyskuję zaufanie do własnych umiejętności wysławiania się, wyrażania myśli i także pisania. Na przykład ten wpis pragnęłam skasować kilka razy w trakcie pisania, ale tak sobie myślę, że nie od razu Kraków zbudowano i ja też z czasem będę pisała coraz sprawniej. 🙂

Nie zdradzę więc żadnej tajemnicy, jeśli napiszę, że jeżeli chodzi o bloga to mam zamiar wrócić do częstszego pisania tutaj. Mam też w planach przefiltrowanie szkiców powstałych w depresji. Może nie wszystko tam jest bełkotem i odkryję jakieś pomysły, ciekawostki czy po prostu inspiracje do kolejnych wpisów.

Chadonistka
Mam Chorobę Afektywną Dwubiegunową. Jestem pacjentką, nie lekarzem, nie psychologiem, ani żadnym ze specjalistów pracujących z osobami chorującymi psychicznie. Celem tego bloga jest pokazanie, że diagnoza psychiatryczna to nie koniec świata i że z ChAD można normalnie żyć. :) Więcej o mnie pod tym linkiem.