Chorujący psychicznie delikatni jak skorupka jajka

Obchodzić się z kimś jak z jajkiem. Zaryzykuję takim stwierdzeniem, że znane Wam jest to powiedzenie. Jeśli zaś je znacie, to też zapewne kojarzycie, że używa się go zazwyczaj w negatywnym sensie. W sam raz na określenie kogoś zbytnio przewrażliwionego i wydelikaconego. Kogo zniszczyć albo wyprowadzić z równowagi może każdy przejaw tego, co dla większości jest normalne czy przeciętne. Przeciętne aktywności, normalne działania, zwykłe rozmowy, codzienne tematy, rutynowe traktowanie, to wszystko dla naszego człowieka-jajka za dużo. Brzmi znajomo? Ja spotkałam się z tysiąc razy z takim podejściem do osób mających zaburzenia psychiczne. Drugie tysiąc razy widziałam jak my sami, chorujący wymagamy takiej postawy świata i innych ludzi wobec nas. Dzisiaj chciałabym się temu przyjrzeć, bo myślę, że akurat w naszym przypadku, osób chorujących psychicznie to powiedzenie ma też i swoje dobre strony.

Ale zacznijmy od tych złych.

Co brzydkiego mamy za uszami

My – chorujący, my z zaburzeniami, my po przebyciu kryzysu psychicznego, czasami w ilości kilku czy kilkunastu. Nie zawsze jesteśmy niewinni, czy też ujmując rzecz inaczej: nie zawsze jesteśmy święci. Być może Wy macie inne doświadczenia niż ja, więc tak szybko i bez wchodzenia w szczegóły przybliżę swoje. Nie chodzi mi tu o szokowanie Was krwistymi historyjkami z udziałem ludzi, z którymi nie utrzymuję już kontaktów. Napiszę tylko, że miałam w przeszłości nieraz okazję z bliska przyjrzeć się roszczeniowym zachowaniom moich kolegów i koleżanek chorujących tak jak ja. To były niekiedy prozaiczne sytuacje w rodzaju jeżdżenia bez biletu, bo przecież nam chorującym powinny się należeć bezpłatne przejazdy i ewentualnie robienie strasznej awantury kontrolerowi, że on tego zdania nie podziela. Czasami były to sytuacje bardziej skomplikowane, jak np. zrzucanie odpowiedzialności za swoje życie czy swoje czyny. Wymaganie od innych dużo, dużo więcej niż od siebie. Tak bez wchodzenia w szczegóły.

Dzisiaj na szczęście tylko o takich sytuacjach słyszę. Mam wrażenie, że szczególnie często zdarza się taka sytuacja: żądanie od bliskich, aby pomagali, wspierali, byli na każde zawołanie, gdy jednocześnie osobie chorującej brak otwartości by szczerze rozmawiać czy gotowości do podjęcia leczenia. I jeszcze często słyszę o czymś bardziej materialnym: że z samego faktu chorowania, każdej osobie powinny się należeć pieniądze, najlepiej spore. Albo że każdy chorujący powinien mieć zagwarantowane (przez kogo i gdzie???) miejsce pracy – a przecież nigdy nie będzie tak, że 100% osób chorujących będzie się nadawało do pracy. I można by tak wymieniać dalej, ale…

Tutaj urwę to wymienianie, bo to nie ma być wpis “top 10 wad chorujących”. Podobny wpis już był, o tutaj znajdziecie spis 5 największych grzechów.

Gdzie chowa się źródło tego brudu

Mam taką małą hipotezę, nazwijmy ją hipotezą numer 1, że my, chorujący psychicznie chcemy, by traktowano nas ulgowo, specjalnie i wyjątkowo, żeby wyrównać szkody, jakie wyrządziła choroba. Problemy psychiczne! Przecież nikt się na to nie pisał! Na pewno nigdzie nie było żadnej listy ochotników! Nikt się nie pisał na przykład na zachorowanie we wczesnym wieku, bycie outsiderem w klasie, nie skończenie szkoły, przerwanie studiów, trudności w nauce, nawiązywaniu kontaktów z ludźmi, znalezieniu pracy, trudności poznawcze, w funkcjonowaniu na co dzień i multum innych skutków, jakie może mieć chorowanie. Oczywiście np. taka renta w żaden sposób nie wyrówna tego, że nie możemy pracować, bo praca to też kontakty społeczne, poczucie posiadania określonej roli, satysfakcja z wykonywanych czynności, sukcesy, inna organizacja dnia, itd., ale jak położymy to na wyobrażonej szali wagi to jednak lepiej po tej drugiej stronie mieć rentę niż nic.

Hipoteza numer 2 dotyczy kontaktów z ludźmi, tej roszczeniowości w kontekście wymagania od bliskich zrozumienia i akceptacji, samemu nie dając nic w zamian. Tutaj myślę sobie, że wiąże się to z takim przekonaniem towarzyszącym chorobie psychicznej, że nikt, ale to nikt chorego nie rozumie. I nie zrozumie. To poczucie towarzyszy tak często w chorobie. Wyizolowanie, poczucie odstawania, niepasowania. Niektórzy to przezwyciężają, inni jak widać nie.

Z kolei nieumiejętność rozmawiania, to jak sądzę po prostu jest nieumiejętność rozmawiania – mają ją nie tylko chorujący, ale i ci dobrze funkcjonujący, tak zwani zdrowi lub niezdiagnozowani. 😉 Poprawia się wraz z pójściem na terapię, tak zauważyłam, również po sobie. 🙂 Ale mnie też trochę zajęło, by móc z chłodną głową rozmawiać w miarę bez emocji o swojej chorobie i jej objawach z bliskimi.

Chorujący psychicznie traktowany jak jajko albo jakby był ze szkła przez innych

Ręka w górę, kto zna/widział/słyszał historie o tym, jak zachowanie rodziny zmienia się po postawieniu diagnozy? Jak nagle ogranicza się chorującemu wolności, robi za niego kanapki (żeby się nie skaleczył niechcący), wydziela mu pieniądze, kupuje za niego ubrania (bo po co ma się biedulek męczyć w sklepie), kontroluje wydatki, nie pozwala usamodzielnić i wyprowadzić z domu, wchodzi się z nim do gabinetów lekarzy i mówi za niego, oponuje przeciwko zrobieniu prawa jazdy, jest problem, gdy wychodzi do znajomych, i tak dalej, i tym podobne. Znacie to hasełko: “nie biegaj, bo się zmęczysz?” Tu jest prawie że to samo: nie żyj pełnią życia, bo się zmęczysz. Albo co gorsza znów zachorujesz!

Wierzę – bardzo chcę wierzyć – że rodziny najczęściej kierowane są dobrymi chęciami. Że wydaje im się, że w taki sposób pomagają, ochraniają, oddalają wizję zaostrzenia się choroby. Ale klatka ze złota choćby i najwyższej próby jest wciąż klatką. Do pewnego stopnia nam chorującym potrzebna. Mam tu na myśli wsparcie najbliższych. Ale w źle pomyślanym wsparciu można się udusić z braku powietrza.

 

Protokół samoobchodzenia się ze sobą jak z jajkiem

Napisałam kiedyś taki tekst o tym, co ważne w remisji. Przywołuję go z dwóch powodów. a) bo będę teraz mówić o Chorobie Afektywnej Dwubiegunowej. I b) zwłaszcza o jej remisyjnej postaci.

Jeśli chodzi o ChAD to wydaje mi się, że w pułapkę samoobchodzenia się ze sobą jak z jajkiem najłatwiej wpaść w remisji. Wtedy kiedy włączają nam się instynkty samoopiekuńcze i strach przed nawrotem choroby. Łatwo wtedy w źle pojętym troszczeniu się o siebie rezygnować z różnych wyzwań, nawet tych, które są w naszym zasięgu.

Drugim taki okresem jest depresja – wtedy też stosunkowo nietrudno zauważyć, że pacjenci traktują siebie często bardzo ulgowo. Np. rezygnują z rzeczy, które dotychczas lubili, pozwalają sobie na życiową nieporadność. Mam tutaj obawę, że się nie zrozumiemy – nie chodzi mi o same objawy depresji (o nie mam siły, nie dam rady, zaraz się zapłaczę i potnę). Ale o taką świadomą decyzję: “nie, to dzisiaj odwołam tę koleżankę i lepiej dla mnie będzie jak posiedzę w domu, zrobię sobie moją ulubiona herbatkę i obejrzę serial”. To jest obchodzenie się ze sobą jak z jajkiem.

I teraz coś na co czekałam od początku tego wpisu! Właśnie w takich sytuacjach jak ta opisana powyżej z koleżanką i serialem to jajkowanie samemu sobie może się okazać czymś super potrzebnym i pożytecznym. 🙂 Tak samo w remisji. Ja teraz w jednej siedzę, jak dobrze wiecie. Zdarza mi się nie podejmować wszystkich gości, nie rozmawiać ze wszystkimi nowo poznanymi osobami, nie pakować się we wszystkie nowe i nieznane sytuacje. Nie podejmować wszystkich wyzwań, które bym mogła. Czy traktuję siebie jak produkt na jajecznicę? Czasami na pewno! Niekiedy się na tym oczywiście parzę, bo okazuje się, że przesadziłam i jednak mogłam wybrać tę koleżankę nie serial, ale… Mimo to czuję, że jajkowanie jest potrzebne. Że jest to forma dbania o siebie i zachowania higieny psychicznej. Że m.in. to mnie chroni przed nawrotem.

Na zakończenie

Zbliżając się ku końcowi, chciałabym się podzielić z Wami jeszcze jedną refleksją. 😉 Już ostatnią, obiecuję!

Mnie dość długo zajęło znalezienie mojego wewnętrznego jajka. Chyba z rok chorowania minął, zanim w ogóle wpadłam na pomysł, że mogłabym go poszukać, tj. zacząć traktować siebie w jakiś sposób specjalnie czy ulgowo z powodu tego, że choruję. Jeśli przeczytaliście ten post i zastanawiacie się o czym ona w ogóle gada i jakie jajko, to chciałabym dać Wam, jeśli mogę, taką jedną małą wskazówkę. Tak z perspektywy to sądzę, że strasznie ważne jest dla osoby chorującej psychicznie “obnoszenie się ze sobą jak z jajkiem”. Może nie przesadnie, ale dbać o siebie trzeba!

Chadonistka
Mam Chorobę Afektywną Dwubiegunową. Jestem pacjentką, nie lekarzem, nie psychologiem, ani żadnym ze specjalistów pracujących z osobami chorującymi psychicznie. Celem tego bloga jest pokazanie, że diagnoza psychiatryczna to nie koniec świata i że z ChAD można normalnie żyć. :) Więcej o mnie pod tym linkiem.