Uwaga: ludzie! Przegląd typów, od których należy uciekać

Ludzie są zasadniczo w porządku, mają bardziej dobre niż złe serduszka i jeśli ich intencje nie są zupełnie czyste, to są prawie dokładnie umyte. A kto wie, może i całkiem wyszorowane? Tak obecnie uważam przez znaczną większość czasu. Ja wybrałam tę wiarę, próbowałam innych, ale tak mi się żyje najlepiej i najspokojniej. Wśród różnych podejść do życia są jednak i takie bardziej przejaskrawione. I obserwuję czasem jak próbuje się na siłę wciskać te hurra optymistyczne podejścia osobom chorującym jako ich własne. Ktoś z Was kiedyś zetknął się ze słowami: „ty to nie możesz przebierać w znajomych, bo chorujesz, więc ciesz się, że ktokolwiek z tobą rozmawia i nie doszukuj się złych intencji?” Albo: „ten lekarz na pewno chce dobrze, dlaczego chcesz go zmieniać?”. Albo: „dlaczego coraz to zaczynasz nową terapię, wciąż ci coś nie pasuje, a to z tobą jest coś nie tak!” To wszystko wydaje się przesadzone? Spróbujcie proszę przełożyć to z mojego na swój język – na pewno znajdziecie jakieś inne przykłady wciskania, tłumaczenia, namawiania do tego, że ludzie chcą jak najlepiej a osoba chorująca powinna się do nich garnąć. A czasami trzeba po prostu uciekać.
Kiedy uciekać? Na przykład wtedy, gdy spotykamy jednego z tych typów ludzkich!

Fascynujesz mnie. Ja, czyli kto?

Kto z nas nie lubi czasem usłyszeć, że drugi człowiek jest zafascynowany właśnie nami? Fascynacja to w końcu bardzo piękna rzecz, tym bardziej, jeśli jest odwzajemniona. Czasami trzeba jednak zdusić uczucie przyjemności w zarodku i spojrzeć trzeźwo i przytomnie. Zwłaszcza polecam to osobom, które tak jak ja sama, mają chorobę psychiczną (zaburzenie), bo to często przyciąga taki typ człowieka.
Czasami wcale a wcale nie chodzi o „jestem zafascynowany/a tobą”. Wyobraźcie sobie, że czasem może być tak, że ktoś będzie zafascynowany naszą chorobą. A my chorobą nie jesteśmy, nie? Nie jesteśmy też przedmiotem, ale osobą. Co jeśli za chwilę wejdziemy w remisję? Co jeśli dojdą nam w życiu inne, pozachorobowe obowiązki typu praca, nowe zainteresowania, na które wcześniej nie było sił? Znajomość się skończy, bo już nie będziemy ciekawym obiektem fascynacji? Trzeba uważać!

Ja Ci pomogę i Ciebie wyleczę

Moja obecność Ci pomoże! Nasza znajomość, relacja, przyjaźń, miłość – ona ma magiczną siłę. Będę z Tobą chodzić na spacery i siłownię, pomogę Ci zdrowo się odżywiać i dbać o siebie, będę przynosić stymulujące lektury, będziemy co noc gadać do rana czy co tam jeszcze można wymyślić. Piszę to pół żartem, ale tak całkiem serio chodzi mi o oferowane wsparcie drugiej osoby. Takie prawdziwe, szczere.
To jest na pierwszy rzut oka bardzo ładne i fajne. Niemniej jeśli ktoś wierzy, że samym wsparciem wyleczy chorobę psychiczną, to ja nawet nie życzę powodzenia, tylko uciekam jak najdalej się da. Takie słowa świadczą bowiem o wielkiej ignorancji. Niewiedza może nieźle zaszkodzić. To już tylko chwila do wzmacniania decyzji o przerwaniu terapii w pierwszym lepszym trudnym momencie i namawiania do odstawienia leków, „skoro już jest dobrze” albo skoro jest jakiś mały skutek uboczny. Choroby psychiczne czy zaburzenia psychiczne nie biorą się z samotności. Towarzystwo, choćby najlepsze, nie wyleczy schizofrenii, ChAD, depresji… Nie na dłuższą metę! Pomoże? Tak! Będzie świetne jako wsparcie właśnie? Też! Ale nie zadziała jak magia.
I jeszcze jeden aspekt: jeśli relacja jest napędzana tylko motywacją wyleczenia osoby chorującej, to może się bardzo szybko skończyć, gdy nie będzie widać efektów.

Musisz zmienić myślenie

Taki domowy kołczing przez brzydkie k nie mający zbyt wiele wspólnego z prawdziwym coachingiem. Zmień siebie, wyrzuć z głowy myśli o chorobie, uwierz w moc pozytywnego myślenia, itd. a pozbędziesz się trosk i chorób. Wszystko zależy od Ciebie.
Ja mam szczególną alergię na takie podejście do osób chorujących. Gdy jesteśmy w chorobie i podatni, łatwo nam sprzedać przekonanie, że to nasza wina, że nie postaraliśmy się wystarczająco, że gdybyśmy się jakoś zmobilizowali to zaraz by nam się odmieniło. Weźmiemy te rzeczy jak swoje! Jak dobrze potaplać się w bajorku poczucia winy. Mamy do tego zwiększoną tendencję, prawda? Dlatego nie podoba mi się wpędzanie już i tak cierpiącej osoby w dodatkowe troski. To nie jest prawda, że biochemiczną nierównowagę w mózgu zniweluje pozytywne myślenie. Nie ma cudów.
Ciekawostka: taki coś ćwiczył kiedyś na mnie lekarz orzecznik ZUS. 😉 Może akurat się przygotowywał do egzaminu na byle-jakiego-kołcza?

Mały z Ciebie dzidziuś

Ok., ja wszystko rozumiem, że człowiek choruje, że szczególnie na początku może się w tym nie odnajdować, ale i później może potrzebować wskazówek. Pomoc, opieka, troska, zadbanie, zaopiekowanie… Niektórzy ludzie kojarzą to automatycznie z byciem dzieckiem i tak też będą próbować nas traktować. Tu troszkę, troszeczkę odjąć podmiotowości i sprawstwa, tam troszkę, ociupinkę dodać upupienia i nagle nie jesteś już dorosłą osobą, która może być partnerem albo partnerką.
W większości przypadków, poza jakimiś skrajnymi to wcale nie choroba odbiera podmiotowość. A nawet jeśli mowa o tych bardzo skrajnych przypadkach, w których chorująca osoba w ogóle nie może się sobą sama zająć… Przypomnijcie sobie, jak byliście dziećmi. Czy tak jak ja też wprost nienawidziliście, gdy traktowano Was jak dzieci, a nie normalnie? Mi się w pamięć wbiła zabawa z jedną z cioć, która miała mi coś wytłumaczyć w tej zabawie, ale nie umiała tego przełożyć na „dziecięcy” i jeszcze mi o tym powiedziała! Ja jej wtedy na to: „powiedz mi o tym normalnie” – coś na pewno bym zrozumiała, o resztę dopytała, a wrażenie, że jestem traktowana jak człowiek byłoby bezcenne jak w reklamie.

Zasługujesz na gorsze traktowanie

Na przykład: brat dostanie miskę zupy a Ty pół, bo brat tak samo pełnoletni jak Ty, a pracuje, podczas gdy Ty „nie robisz nic ze swoim życiem”, tzn. tak jest rozumiana w tym domu Twoja choroba. Miskę zupy zastąp prezentem pod choinką i już brzmi bardziej współcześnie, prawda? Albo sposobem mówienia do osoby chorującej i innych? Oczekiwaniami, jakie się wobec nich ma?
Na przykład: musisz się odzywać do kumpla, o którym wiesz, że za plecami się z Ciebie śmieje, no bo w końcu chorujesz, a jak nie on, to nie będziesz miał innych znajomych. (To z życia.)
Nie ma co wybrzydzać, trzeba brać to co jest, tak? No nie tak. To absolutnie nieprawda! Zasługujemy na tak samo pełną miskę zupy i tak samo szczerych znajomych jak Ci, którzy nie chorują. Mamy prawo do tego, żeby nasz psychiatra był tak samo super jak kardiolog naszej cioci. Mamy prawo do tego, że psychoterapeuta przychodził na czas i przyjmował nas tyle ile trzeba, co do minuty. Kolejna historia z życia: mój kolega kiedyś chodził na terapię, na którą terapeuta przyjeżdżał z drugiej pracy – zawsze porządnie spóźniony. I pacjenci czekający zawsze bardzo się cieszyli, że przyjechał, taki dobry, taki kochany, fajnie, że mamy terapię. Zostawię Was z tym bez komentarza.

Wytłumacz mi proszę

A dlaczego się leczysz? A na co konkretnie? Długo już? Nie wolałeś/aś radzić sobie bez leków? Jak trafiłeś/aś na terapię? To ma sens? Po co tam chodzisz? Dlaczego w ogóle chodzisz jeszcze do psychiatry? To jeszcze Ci się nie poprawiło? Nie pijesz alkoholu, bo leki? Ale dlaczego? Ktoś w Twojej rodzicie choruje?

Umówmy się: jak, po co i dlaczego to świetne pytania! Naprawdę tak myślę! Fajnie można ich użyć w rozmowie z różnymi ludźmi, z przyjaciółmi, ze znajomymi… Czasami jednak zamiast być częścią rozmowy stają się podstawą wywiadu. A w wywiadzie to wiadomo jak jest: jedna strona dużo z siebie daje, druga głównie produkuje pytania. Ciekawość, ciekawością, ale naprawdę nie o wszystko koniecznie trzeba zapytać! Można użyć inteligencji i empatii i spróbować samemu znaleźć odpowiedzi, zwłaszcza, jeśli nasz chorujący rozmówca jest akurat w kiepskiej formie.
Ciężko mi opisać ten punkt, bo granica dla każdego leży gdzieś indziej. Ale jeśli masz wrażenie, że rozmowa zmienia się w wywiad, bez jakiejś refleksji nad słowami, które dopiero padły za to z widocznym celem gromadzenia informacji i czujesz się z tym niezbyt dobrze to przerwij! Nie jesteś zobowiązany do takich rozmów, razem z diagnozą nie podpisuje się zgody na takie rozmowy.

Cała reszta niebezpiecznych ludzi

Gdybym chciała podsumować ten wpis jednym zdaniem, to napisałabym, że jest on o ludziach, którzy widzą w osobach chorujących chorobę, a nie osobę. Nie wiem, jak to się rozkłada procentowo, ale pewna jestem, że takich osób jest więcej niż tylko sześć typów, które opisałam.

Kontakt z drugim człowiekiem jest wspaniałą rzeczą. Jeśli wartościowy, potrafi pomóc w zdrowieniu. Ale toksyczny może nieźle zaszkodzić. Zasługujemy na te wartościowe kontakty, jasne? 🙂 I nie musimy wcale tolerować tych toksycznych, nie musimy za te znajomości dziękować tylko dlatego, że ktoś się nami zainteresował.

Jeśli trzeba, można wiać.

About

Mam Chorobę Afektywną Dwubiegunową. Jestem pacjentką, nie lekarzem, nie psychologiem, ani żadnym ze specjalistów pracujących z osobami chorującymi psychicznie. Celem tego bloga jest pokazanie, że diagnoza psychiatryczna to nie koniec świata i że z ChAD można normalnie żyć. :) Więcej o mnie pod tym linkiem.

Zajrzyj też tutaj: