Powrót na terapię

Na rozgrzewkę ćwiczenie z wyobraźni, dobra? 🙂 Cofamy się w czasie parę lat, wyobrażamy sobie mnie w wieku 22 lat. W tej akurat sytuacji i pomimo wieku metrykalnego będzie to mała, przestraszona dziewczynka. Łapiemy ją w momencie szukanie psychoterapeuty, intensywnego zastanawiania się nad psychoterapią, przeglądania stron różnych gabinetów, czytania o nurtach. Już weszło leczenie psychiatryczne, ale jeszcze przez parę ładnych miesięcy obędzie się bez diagnozy ChAD. Właściwie leczenie pod opieką psychiatry dopiero się zaczęło, więc jeszcze nie do końca wiadomo, jakie reguły rządzą chorowaniem i – zdrowieniem. Przywołuję ten obraz, bo tamtej dziewczynce, tamtej mnie wydawało się, że jak pójdzie na terapię to w szybszym czy wolniejszym tempie pozałatwia wszystkie(!) swoje problemy. Wspominałam już Wam gdzieś, że wyjątkowo mocno bałam się, że utknę w psychoterapii na zawsze. Moim drugim strachem było to, że będę musiała  na psychoterapię wrócić. Powrót na terapię – brrr.

I to wszystko jeszcze przed pierwszą sesją!

Niestety nie mam jak sprawdzić, na ile powszechny jest taki lęk przed powrotem-do-terapii. Taki wiecie: że jak raz się zacznie terapię, to potem się na nią wraca i wraca, z kolejnymi problemami, bo człowiek nie potrafi poradzić sobie z nimi samemu. Że terapia w jakiś sposób odbiera samodzielność. Że już wiecznie będzie się skazanym na czyjąś pomoc, w takiej właśnie formie. Mam świadomość, że ludzie często myślą tak o psychiatrii – że jak tylko zaczniemy brać leki to już nigdy się od nich nie „uwolnimy” i będą potrzebne przy każdym kryzysie, bo z niczym nie damy sobie rady bez tego. Ale jak jest z psychoterapią to nie wiem, choć gdyby to był zakład i gdybym miała zgadywać, to obstawiałabym, że jest dość podobnie. W każdym razie ja miałam taki lęk. Może towarzyszy(ł) on także Tobie?

W skrócie to byłoby tak: posłuchaj, nie ma nic złego we wracaniu na terapię, na oddział, na którym się już było, czy do tego samego szpitala. To nie znaczy, że jesteś straszliwie chory/a i nie ma dla Ciebie nadziei. To oznacza, że szukasz rozwiązania kryzysu i pomocy dla siebie.

A dłużej to będzie tak:

Reguły chorowania psychicznego

Nie ma takich reguł.

Z chorobami somatycznymi jest prościej: noga w gipsie ma być tyle i tyle czasu, antybiotyk bierze się określoną liczbę dni, na konkretne złe cyferki w wynikach badań bierze się zawsze określoną dawkę leku. Oczywiście są wyjątki od tych reguł, ale to tak jak sama nazwa wskazuje tylko wyjątki.

Im dłużej choruję i się leczę, im więcej chorujących spotykam, im więcej historii słyszę czy czytam, tym bardziej umacnia się we mnie przekonanie, że psychiatria składa się z samych wyjątków. Czy też, może precyzyjniej rzecz ujmując: indywidualnych przypadków konkretnych osób.

Ta sama diagnoza – zupełnie różne leki, znacie to? Albo ten sam lek, ta sama diagnoza, zupełnie inna dawka? Ten sam problem, dwa zupełnie inne nurty psychoterapii? Ten sam problem – różna częstotliwość spotkań? Ta sama osoba, w różnych okresach – różna długość spotkań? Ta sama diagnoza – pobyt na różnych oddziałach? Podobna historia chorowania – zupełnie inne funkcjonowanie na co dzień? Podobne objawy – różne diagnozy?

Dlatego trzeba skupić się na sobie

Nie chcę zabrzmieć moralizatorsko (choć chyba mi się nie uda ;), ale w związku z powyższym bardzo polecam nie oglądać się na żadne „jak powinno być”. Skoro w chorowaniu nie ma reguł: patrzmy na siebie, wsłuchujmy się w siebie, podejmujmy takie leczenie, jakie będzie dla nas najbardziej optymalne. Skoro nie ma widełek, jak ma być, to niech będzie jak najlepiej dla każdej pojedynczej jednostki.

Nawet jeśli to oznacza kolejną wizytę na tym samym oddziale. W tym samym szpitalu. Powrót po latach do lekarza psychiatry. Powrót na terapię.

Koniec końców liczy się to jak dobrze się czujemy i funkcjonujemy. Nie jakie bierzemy leki, czy byliśmy na oddziale raz czy trzydzieści, nikt też nie będzie nam robił testu ze znajomości każdego kąta szpitala. 😉 Nawet psychiatra, owszem, widzi historię choroby i diagnozę, ale patrzy na to, jak pacjent czuje się obecnie.

Dobra, dobra, bardzo ładnie, ale co z tą psychoterapią?

A z psychoterapią, podobnie jak z leczeniem psychiatrycznym jest tak, że powrót nie oznacza porażki. Ja tak myślałam, zauważyliście? Ta ja z naszego wstępnego ćwiczenia. 🙂 To mi się odmieniło gdzieś w trakcie spotkań z psychoterapeutą. Chciałabym podać jakąś konkretną ilość czasu, ale naprawdę trudno mi to uchwycić, ile też mogło mi to zająć. Na pewno było to tak, że miałam już za sobą kilka sesji i zauważyłam, jak i wiele innych osób przede mną, jakim fantastycznym narzędziem jest psychoterapia. Ujęło mnie to w jak odmienny sposób można spojrzeć na samą siebie i swoje myśli i działania. Ile dystansu do siebie można złapać i jak fajnie można go skrócić, i jak można tym pokrętłem manipulować, oczywiście w zależności od potrzeb. Ile ze swoich poplątanych aktywności można zrozumieć, jak się dokopać do drugiego i trzeciego dna, jak nawiązywać lepsze relacje, nie tylko ze sobą, ale też z innymi ludźmi. Plus oczywiście, tak na oko, jakieś milion innych wartościowych rzeczy, których nie będę teraz wymieniać, bo chyba już każdy załapał o co chodzi. 🙂

I aż żal nie wykorzystać takiego narzędzia, gdy mamy kolejny kryzys lub gdy po jakimś czasie umiejętności, które zdobyliśmy przestały wystarczać. Chyba, że gdzieś pod skórą wydaje nam się, że są jakieś zasady chorowania – np. że na terapię wracają tylko poważnie chore osoby i dopóki nie „wracamy” to jest z nami całkiem ok. Wygraliśmy, zwyciężyliśmy z kryzysem i nie ma miejsca na żadne powroty, bo powrót równa się przegrana. Jakby to był mecz, a nie nasze życie.

Chcę i umiem o siebie zadbać. Potrafię znaleźć rozwiązanie, które mi pomoże. Nie boję się zacząć trudnej pracy, jaką jest psychoterapia jeszcze raz. Dbam o siebie i chcę dla siebie jak najlepiej. To dla mnie obecnej znaczy powrót na terapię w takim typowym częstym wydaniu.

Mój powrót na terapię – jak to jest?

Temat na ten wpis nie wziął się z mojej wybujałej wyobraźni, tylko z najprawdziwszych wydarzeń dziejących się w rzeczywistości. Ja kilka tygodni temu zaliczyłam mój własny powrót na terapię, regularną i częstą i zaczęłam sobie przypominać jaki miałam do tego stosunek przed laty.

Więc jak to jest? Powrót na terapię nie jest łatwy. Już byłam w terapii, dużo się nauczyłam, a tu się okazuje, że są do nauczenia się całkiem nowe rzeczy! Że może i super obsługuję mnóstwo swoich pokręteł, ale są takie, w które jestem słaba, jak i te, o których mam mgliste pojęcie. Jest dużo rzeczy, nad którymi chciałabym popracować, a nawet – wypracować. Trzeba mieć duże pokłady pokory, żeby taki powrót się udał, tak sobie myślę.

Ja zdecydowałam się z różnych względów wrócić do swojego poprzedniego psychoterapeuty. Nie wydaje mi się jednak, żeby to miała być jakaś uniwersalna rada, dobra dla wszystkich. Mi po rozważeniu wszystkich za i przeciw wyszło, że tak będzie dla mnie najsensowniej. Tobie może wyjść coś innego. 🙂

 

Powrót na terapię to nie jest jak beztroskie skakanie po różowej chmurce, zdecydowanie nie. Ale warto podjąć ten wysiłek i zwalczyć w sobie lęk przed powrotem. Mieliście taki lęk? A może ciągle go jeszcze przeżywacie?

About

Mam Chorobę Afektywną Dwubiegunową. Jestem pacjentką, nie lekarzem, nie psychologiem, ani żadnym ze specjalistów pracujących z osobami chorującymi psychicznie. Celem tego bloga jest pokazanie, że diagnoza psychiatryczna to nie koniec świata i że z ChAD można normalnie żyć. :) Więcej o mnie pod tym linkiem.

Może także Cię zainteresuje