Normalnie? Czyli jak?

Kiedyś wspomniałam, że niektórzy chorujący nie biorą leków regularnie. Albo przez nieuwagę, bo ciężko pamiętać, rozplanować, nic się nie stanie jak nie wezmę ten jeden raz. Drugim powodem jest przekonanie, że te leki tak naprawdę nic nie dają, no po prostu skubane nie działają w ogóle. Trzecia gruba z którą się zetknęłam, to osoby, które świadomie odstawiają leki, bo czują się już dobrze, więc po co brać, skoro już się nie choruje. Przyszło mi do głowy, że warto napisać o jeszcze jednej rzeczy. 

Są ludzie, które po prostu nie chcą wchodzić w remisję. Dlatego odstawiają leki lub też nigdy nie zaczynają ich brać, nawet wiedząc już, że coś złego się dzieje. Osoby nie zaczynające leczenia to jeszcze inny temat. Zostańmy przy osobach, które wiedzą, że chorują, wiedzą na czym polega choroba, a decydują się przestać brać leki, żeby wywołać u siebie epizod choroby. Zapytacie pewnie: ale w jakim celu?

Wyliczanka nazwisk

Znacie to żonglowanie nazwiskami znanych osób, na które się czasem można natknąć w telewizji, jakichś artykułach, na blogach? Pada hasło ChAD, Choroba Afektywna Dwubiegunowa i od razu zaczyna się wyliczanka: Ernest Hemingway, Virginia Woolf, Sylvia Plath, Zbigniew Herbert, Vincent Van Gogh, itd. Nie chodzi mi o samą karuzelę nazwisk. Nie zrozumcie mnie źle, ja sama bardzo lubię czytać o jakichś znanych osobach, że tak, też chorują bądź chorowali. Jakoś raźniej się człowiekowi robi na sercu. Bardzo mi to pomagało szczególnie na początku, kiedy stawiałam pierwsze kroki w oswajaniu choroby. Świadomość, że można z tym żyć, że można zrobić coś fajnego, że pomimo tego da się coś ciekawego osiągnąć.

Nie przyczepiam się teraz jednak do samego wyliczania. Chodzi mi o coś innego – o takie funkcjonujące w społeczeństwie skojarzenie, że jak ChAD, jak mania, to od razu kreatywność wskakuje na naprawdę wysoki poziom.

W tym kontekście nie dziwi mnie wcale, że istnieje taka grupa, która wybiera nie leczyć górek. Dopóki górka jest przyjemna oczywiście. Nie zawsze tak jest, ale czasami górka wiąże się z euforią, z radością i z kreatywnością właśnie. Milion pomysłów na minutę. Dodajmy – świetnych pomysłów, bo na górce włącza się ludziom brak krytycyzmu. Zaczyna się odzywać silniej twórcza natura człowieka. I ktoś wybiera, że chce koncertować, malować, pisać, tworzyć. Zamiast leczenia.

„Zalety” depresji

Jak jest z depresją trudno mi precyzyjnie określić. Ale mogę pogdybać i gdybam sobie, że niektórzy lubią czuć się bardzo nieszczęśliwi. Na pewno znacie takie nie chorujące osoby, które wciąż narzekają na życie i czują się bardzo biedne i wciąż krzywdzone przez los. Na depresję też podobni ludzie chorują. Przeżywając depresję przyciąga się uwagę innych ludzi, bo przeżywa się wielki ból istnienia i jest się och, takim głębokim. Można nawet założyć całego czarnego bloga i babrać się w swoich emocjach w kółko i w kółko. 😉

Ale nie chodzi tylko o własne emocje. Ja słyszałam już różne rzeczy – że w depresji myśli się jaśniej i można lepiej analizować różne problemy swoje i świata w ogóle. Albo że jest się bliżej wszechświata, bo się ogarnia umysłem tyle złożonych kwestii. Albo przeżywanie tego bólu istnienia. Niektórzy z tego bólu istnienia również zaczynają tworzyć – np. pisać. Znacie ten film, w którym bohaterka może pisać książki tylko wtedy kiedy jest nieszczęśliwa? Ten film to Not Another Happy Ending z 2013 roku. Ja nie polecę ani nie odradzę – jeszcze nie widziałam. Jeśli ktoś widział, to dajcie znać!

Tyle gdybania, ale ja to jakoś nie do końca kupuję. Ja na depresji jestem bardzo nieproduktywna. Zazwyczaj właśnie leżę i mam pustkę w głowie. Nawet lekka depresja u mnie nie wygląda kreatywnie – jakoś nie poczułam nigdy, aby nawet ta lekka depresja dawała mi przestrzeń do myślenia albo pomagała cokolwiek tworzyć. Albo w ogóle pomagała cokolwiek. Dawała przestrzeń do czegokolwiek.

Byleby nie być w remisji!

Osoby, które zachowują się tak jak opisałam wyżej z jakiegoś powodu dążą do tego, żeby nie być w remisji. Remisja, która dla mnie oznacza, że jest normalnie i fajnie, w niektórych nie budzi takich dobrych skojarzeń. Jak można w ogóle rozumieć normalność, co to znaczy? To średnia? Przeciętnie? Tak jak wszyscy? Nijakość? Z jasno wytyczonymi granicami, które zachowanie jest ok a które nie? Czyli z ograniczeniami?

W takim rozumieniu faktycznie mania/hipomania czy depresja to lepsza opcja. Bo tak to już jest ułożone, że ludzie nie lubią ograniczeń. Ludzie lubią czuć się wolni. Mieć poczucie, że mają przestrzeń do bycia sobą. Do wyrażania swojego „JA”. Że można zrobić co się tylko zechce.

Tylko czy naprawdę, naprawdę, ale to naprawdę najbardziej sobą jestem wtedy, kiedy akurat choruję? Przykład z górki: ja mam często taki objaw na hipomanii, że załączają mi się słowotoki i zaczynam pleść co mi ślina na język przyniesie, byle tylko mówić i mBoówić. I nigdy nie jest mi mało!  wiecie, mam takie straszne ciśnienie właśnie na mówienie. Byle czego. To faktycznie, super jestem sobą skoro jestem uwikłana przymusem jakiegoś zachowania. Tak samo jest z depresjami. Ja nie rozumiem gdzie tu jest wybór. Depresja przecież nie pyta: czy chcesz cały dzień czytać, czy wolisz spędzić go leżąc i gapiąc się w sufit? Gdzie tu jest wyrażanie siebie?

Remisja dla mnie to:

Ja bardzo lubię remisje. Dla mnie to jest ten stan, w którym jestem wolna. Żaden ChAD mnie nie zmusza, żebym teraz usiadła i pisała, bo akurat jest taki przymus na ten tydzień. 😛 Jeśli myślę o czymś bardzo uporczywie, to dlatego, ze to jest dla mnie bardzo ważne, a nie np. dlatego, że w depresji podczepiają się krążące w kółko myśli. W remisji mogę robić, co zechcę. Zostać kim tylko mi się zamarzy. Osiągać postawione sobie cele – w remisji nie ma tak, że nic nie zrobię, bo muszę się położyć i leżeć. A że nie jestem np. tak kreatywna jak na górkach? No ja akurat nie jestem jakoś szczególnie bardziej kreatywna na górkach, więc nie ma za czym płakać.

I myślę sobie, że to przesada, takie uogólnianie, że ChAD=kreatywność. Chociażby ja tego nigdy nie doświadczyłam, a na pewno nie jest tak, że jestem jedyna taka nieproduktywna.

About

Mam Chorobę Afektywną Dwubiegunową. Jestem pacjentką, nie lekarzem, nie psychologiem, ani żadnym ze specjalistów pracujących z osobami chorującymi psychicznie. Celem tego bloga jest pokazanie, że diagnoza psychiatryczna to nie koniec świata i że z ChAD można normalnie żyć. :) Więcej o mnie pod tym linkiem.

Może także Cię zainteresuje

  • Ach, byłam w tej grupie. Najpierw stwierdziłam, że na lekach czuję się gorzej niż bez nich (były oczywiście źle dobrane), więc je odstawiłam na własną rękę i przestałam chodzić do lekarza, potem uznałam, że doskonale poradzę sobie bez leków, a potem… rozpoczęła się jazda bez trzymanki. Moje życie regulował aktualny nastrój. To był bardzo kreatywny okres w moim życiu, prawda, ale… kompletnie poza moją kontrolą.
    Wydawało mi się, że jestem taka genialna, taka odkrywcza, taka mądra – i rzeczywiście myślałam i szybko (aspekt hipomaniakalny stanu mieszanego) i głęboko (aspekt depresyjny stanu mieszanego) jednocześnie, łączyłam ze sobą abstrakcyjne tezy, odkrywałam nowe lądy… ale.
    Ale było mnie bardzo łatwo rozproszyć. Ale zasypiałam na ważne spotkania, bo były o 17, a ja nie spałam do 9 rano. Ale dostawałam niekontrolowanych wkurwów. Ale mnie nosiło i nie mogłam usiedzieć na tyłku i zrobić tego, co było ważniejsze. Ale nie byłam w stanie czytać z uwagą, bo każdy akapit stymulował mnie do nowej aktywności.
    Z perspektywy trzech lat na lekach tamten okres był może bardziej głęboki, jednak bardzo chaotyczny i, paradoksalnie, nieproduktywny. Bo tych genialnych dni było tylko trochę. A cała reszta to były depresje, stany rozdrażnienia, stany lękowe itd. Poza tym nie mogłam skupić się dłużej na jednym działaniu, uczyłam się bardzo opornie, nie nadawałam się do żadnej sensownej pracy.
    Normalność była dla mnie bardzo dziwna. Obca. Musiałam się przyzwyczaić. Po drodze pytałam „czy wy normalni tak macie, czy to choroba?”. Nadal tęsknię za tym geniuszem, bo teraz myślę jak przez watę w porównaniu z tamtym… Ale osiągam znacznie więcej! Czytam trzy razy więcej książek rocznie i zarabiam dziesięć razy więcej (wspominałam, że w tamtym okresie żyłam w totalnej nędzy, acz wiecznie „krok” od założenia Wielce Dochodowego Biznesu?). Mam też znacznie lepsze relacje z ludźmi – stabilne przyjaźnie zamiast toksycznych huśtawkowych relacji. Moja samoocena jest też bardziej stabilna. Lepiej wiem kim jestem. I nie marnuję masy czasu na zastanawianie się nad sobą. Nie mam też wreszcie problemu z bezsennością (kiedyś potrafiłam trzy godziny leżeć i zapierdalać myślami, teraz zasypiam zanim zauważę, że zasnęłam).
    Podsumowując: plusów remisji jest więcej niż minusów. Ale to chyba trzeba przeżyć…

    • Dzięki za podzielenie się!

      Jak miałam pierwszą remisję, to nie mogłam się nadziwić zmianie jakości przeżywania życia. „Nagle” pojawił się we mnie taki spokój i dokładnie mogłam wyobrazić sobie obraz siebie! Oj, jakoś dziwnie to brzmi, ale nie umiem tego lepiej określić. Wcześniej – w dołkach, w górkach, w stanach mieszanych łatwiej mi było wymienić objawy choroby, które w tym momencie u siebie widzę (np. bezsenność, gonitwa myśli, itd.) niż odpowiedzieć na proste pytanie typu: „jakie masz marzenia?”, „czego byś teraz najbardziej chciała?”, „wymień 3 swoje cechy”. Tylko w remisji odpowiedzi na te pytania są w miarę stałe, a jeśli ewoluują to, no właśnie, drogą ewolucji, nie chaosu.

      Ludzie chyba ogólnie mają tendencje do wyolbrzymiania, manii/hipomanii też. Zamiast popatrzeć na całość tego stanu, zobaczyć jaki jest niszczycielski, jak krzywdzi ludzi wokół nas, nas samych zresztą też, to skupiamy się na tym wiecznym gadaniu, że mania/hipomania to euforia, przyśpieszone myślenie (czyli coś dobrego), kreatywność, wiele pomysłów na minutę, itd. Sprzyja temu taka narracja dzielenia ChADu na „dobrą” górkę i „zły” dołek. A to przecież nie jest takie proste.