Dlaczego nie boję się nawrotu choroby?

Jak Wam dobrze wiadomo albo jeśli jesteście tu pierwszy raz to pewnie już się tego domyślacie – mam Chorobę Afektywną Dwubiegunową. Od kilku miesięcy przeżywam remisję tego mojego nieszczęsnego zaburzenia. Remisja w ChAD, jak to w każdej innej chorobie polega na ustąpieniu objawów, a przynajmniej większości tych głównych. Dlaczego taka dziwna adnotacja po przecinku? Bo czasem jakaś drobnica może zostać. Ja na przykład mam ciągle problemy ze snem, co prawda dużo mniejsze niż w ostatniej depresji i bez porównania mniejsze niż w którejkolwiek hipomanii. Nie zdziwcie się też, jeśli zobaczycie, że ktoś będącego w remisji jakieś skutki choroby. Ona czasami nie mija bez śladu. Więc jak widać remisja to nie musi być taka cudownie wyglądająca łąka pełna pachnących kwiatów. Całkiem niedawno pisałam o niej dwa razy: o tym jak się remisją nie rozczarować i mały instruktarz, na jakie myślenie nie warto sobie w remisji pozwalać.

W tamtych dwóch tekstach zasygnalizowałam już, że ja jestem kozak i żadnego nawrotu się nie boję. No, z tym kozakiem to trochę przesadzam. 😉 Ale faktycznie mogę powiedzieć, że nie boję się nawrotu depresji, stanu mieszanego czy też kolejnej hipomanii. Nie drżę z lęku na co dzień ani nie budzi mnie w nocy myśl, że cudowna remisja może się skończyć, a ja wrócę do bardziej aktywnego chorowania. Jednak nie zawsze tak było.

hero

Wcale nie taka zamierzchła historia

Może przypadkiem pomyślicie sobie, że łatwo nie bać się nawrotu, jeśli (tutaj może przyjmiecie takie założenie) ma się za sobą wiele remisji albo jeśli ma się je bardzo często. Ja przez kilka lat leczenia doświadczyłam naprawdę małej ilości remisji.  Dla zainteresowanych i żebyście nie musieli szukać: 10 faktów o mnie i z mojego leczenia, można przeczytać tutaj.

Więc nie było tej remisji długo, a ja już całkiem straciłam nadzieję, że kiedyś uda mi się wejść w taki stan. Mimo tego zrezygnowania bałam się nawrotu jak mała mysz ukryta w kącie przed łownym kotem. Nie było perspektyw na remisję, ona się nie działa przez wiele lat, ja już całkiem zapomniałam jak to „normalne życie” wyglądało… I teraz posłuchajcie: mimo to, bałam się przeraźliwie, że kiedy jakimś cudem ta remisja się zdarzy, to zaraz będzie nawrót choroby.

Zdaję sobie sprawę z czego to wynikało. Najwidoczniej musiało mi wtedy być bardzo ciężko i tym silniej ceniłam stan remisji, im bardziej go nie miałam. Tak jak wtedy gdy bohater/ka książki po wielu trudach zdobywa skarb – potem następuje szczęśliwe zakończenie, a nie że można potrzymać skarb przez 5 minut i trafia on z powrotem do sejfu, a bohater/ka zostaje z niczym. Ja też chciałam szczęśliwe zakończenie i żeby skarb – remisja w ChAD, był mój już na zawsze. Myśląc o tym z perspektywy czasu nie mogę się pozbyć wrażenia, jakie to moje martwienie się i przewidywanie czarnych scenariuszy było niepotrzebne i wyczerpujące, i bezowocne, i nieproduktywne, i niepomocne w niczym, i nieprzekładające się na nic. Udało mi się oddać bezsens? 😉

Jaki to jest skarb, ta remisja w ChAD?

To jest zdecydowanie najlepszy skarb na świecie! Nie wiem, jak Wam opisać jedno z najwspanialszych uczuć, jakie kiedykolwiek czułam. To dla wielu będzie „tylko” zwykły spokój. Taki spokój jak sobie wyobrażam morze po sztormie. Tak widzę niebo po burzy.

Czuję teraz wszystkie swoje uczucia. Powiecie, że to dziwne sformułowanie? Nie wiem jak to lepiej określić. Po pierwsze nie mam wrażenia, że od moich uczuć oddzielają mnie kłęby waty. Ani że każda emocja jest zwielokrotniona, rozłożona na części pierwsze i odczuwana przeze mnie w rozdzierający sposób, tak jak bywało w depresjach. Po drugie: nie mam też wrażenia, że moich emocji jest tak dużo i są tak bardzo intensywne, że zlewają się w jedną mocno na mnie oddziałującą całość. Nie są też postrzegane przeze mnie jako zewnętrzne, obce, czyjeś inne. Tak bywało w górkach. Więc czuję teraz swoje emocje, mogę je obracać jak pieniążek w dłoni, przyglądać im się.

Podoba mi się jeszcze to, że jestem panią sytuacji i mogę robić co chcę. Jeśli czegoś pragnę, mogę zabrać się za realizację. Nie ogranicza mnie, że czuję się źle. Jeśli czegoś nie robię – to z mojego wyboru.

Zatem jest normalnie. Spokojnie i normalnie, tak bym to podsumowała. Nie zamieniłabym tego stanu na żaden inny, nawet na hipomanię, nawet gdyby miała być przyjemna. Teraz zamiast przyjemnie jest prawdziwie. Delektuję się tym na każdym kroku. Czasami łapię się na tym, że po prostu sobie siedzę albo na chwilę przerywam to co robię i cieszę się, że jest właśnie tak jak jest. Remisja w ChAD. Coś pięknego.

skrzynia

Wierzę w ciebie remisjo!

Ktoś mógłby zapytać: a może nie polubiłaś się z remisją i dlatego się nie boisz jej utraty, bo nie wiesz, co byś straciła?

Jak widzicie, to nie jest tak. Ja się w tym nowym ustawieniu zaaklimatyzowałam i zadomowiłam. Czuję się pewnie i ok. Mam nawet takie silne przekonanie, że remisja w ChAD jest to mój stan domyślny i docelowy. Nie tęsknię też za przyjemną hipomanią. To, że nie boję się nawrotu nie jest spowodowane tym, że nie doceniam albo czuję się źle z remisją. Mi z remisją naprawdę jest dobrze i bardzo ją lubię.

Wiem też, że ta remisja to nie jest taka przelotna znajomość. Ona się nie wzięła znikąd! Ma silne podstawy: wsparcie, leki, psychoterapię, wszystkie procesy psychoedukacyjne, arteterapie i inne -terapie, w których brałam udział na oddziałach. Moja remisja nie wydarzyła się przypadkiem: stoi pewnie na obu nogach, na twardym podłożu.

Choroba Afektywna Dwubiegunowa to jest straszny potwór

Natomiast ChAD jest dla mnie wciąż jak groźny smok, który właśnie śpi w jakiejś pieczarze, a z jego nozdrzy wydobywa się dym. Tylko wiecie co? To jest mój smok. Nie jest oswojony, ale mój. Jest straszny, to prawda. Wszystko rujnuje – plany i marzenia wywraca do góry nogami. Utrudnia każdą, nawet najmniejszą rzecz. Nie da się go zabrać jak maltańczyka gdzieś do towarzystwa. Jest nieobliczalny i znam go tylko na tyle, na ile mi się pokazał. Ale już się go nie boję

Ja stale mam dla Choroby Afektywnej Dwubiegunowej bardzo dużo szacunku i pokory. To naprawdę nie jest pikuś, czy też maltańczyk. 😛 Ale mam też takie bardzo silne przekonanie, że co by mi nie zafundowała, to dam radę. Zniosę kolejną hipomanię i kolejną depresję, nawet stan mieszany i bardzo przeze mnie nielubiane częste zmiany faz. Wiem to choćby dlatego, że to wszystko się już wydarzyło. Wiem to dlatego, że tego się nauczyłam na psychoterapii.

To nie o to chodzi, żeby bać się potwora: trzeba mieć na niego broń albo jakieś inne sposoby.

remisja w chad smok

Dlaczego nie boję się nawrotu?

Już bez metafor. 🙂

Może kiedyś brakowało mi doświadczenia w chorowaniu, dlatego tak bardzo się bałam, że choroba wróci?  Oczywiście każdy stan jest inny. Np. każda depresja jest inna od poprzednich. Ale niektóre objawy się powtarzają, z czasem umiem lepiej sobie z nimi radzić, mam jakieś swoje tricki i metody, które dużo ułatwiają. Nie mówię, że kolejne epizody choroby są lżejsze. Ale nabrałam pewnej wprawy w chorowaniu, na przykład już tak nie przeraża mnie to, co kiedyś. Pamiętam, jak odkryłam, że nie mogę czytać książek. Ech, co to był wtedy za koniec świata! Albo jedna z moich pierwszy hipomanii i zauważenie, że nie umiem normalnie rozmawiać z drugim człowiekiem, bo gadam tylko o sobie i nie mogę się brzydko mówiąc zamknąć. Nawet teraz robi mi się trochę smutno jak pomyślę, jaki to był dla mnie dramat. Potem nauczyłam się nawet z tym wielkim dramatem sobie radzić.

Może kiedyś – chorując – nie widziałam, ile w chorowaniu jest życia, tak dobrze jak widzę to teraz z perspektywy? I dlatego powrót do chorowania mi niestraszny? To się tak wydaje: jest pasmo chorowania, gdzie tam miejsce na życie? I potem się zdrowieje i dopiero zaczyna się normalność. Ale patrząc z perspektywy czasu widzę, że mam za sobą nie tylko chorobę, ale też np. interesujące doświadczenia zawodowe, piękne wolontariaty, rozwój przeróżnych umiejętności, poznanie wielu fajnych ludzi. No tak ogólnie mówiąc nie tylko stracony czas, ale też różne sukcesy. Kiedy na to patrzę to ciężko mi się takich okresów bać.

A może tak po prostu pogodziłam się z tym, jak wygląda ta choroba? Tak jak przy alergii trzeba być na konkretnej diecie wykluczającej i nie ma co dyskutować. Tak tutaj są lepsze okresy (remisje) i gorsze (depresje, hipomanie, stany mieszane). Kiedyś było we mnie więcej buntu. Pamiętam, jak w jakiejś dyskusji parę lat temu upierałam się, że choroby psychiczne są najgorsze ze wszystkich. Dzisiaj bym się trzy razy zastanowiła, zanim z moich ust padłyby takie słowa.

Remisja w ChAD to jak ładna pogoda

Budzisz się rano, odsłaniasz okno i czujesz ciepłe promienie słońca. Na dworze jest cudowna pogoda! Jest pięknie i bardzo słonecznie. Przypominasz sobie jednak, że w prognozie na dziś zapowiadano deszcz. Nie wiesz, jak wygląda prognoza godzinowa i czy ten deszcz ma być mniej więcej o godzinie 10, 15 czy 20. Może są szanse, że przesunie się na jutro rano? Nie orientujesz się też, czy deszcz będzie tylko przelotny, czy od niego rozpocznie się tydzień pogody pod psem.

Ale masz pewność, że deszcz kiedyś nadejdzie.

Nie jest możliwe, żeby piękna pogoda trwała zawsze. Żeby codziennie rano budziło nas słońce. Żeby wyjście z domu zawsze było ciepłe i przyjemne zamiast przemoczenia i przemarznięcia. Piękna, słoneczna pogoda jest super, ale nie jest dana na zawsze.

I moja remisja także kiedyś przeminie. Może za 2 dni, może za 2 miesiące, może za 2 lata, może za lat 20. W czasie leczenia poznałam różne historie, więc nawet ta ostatnia możliwość nie jest taka znowu nieprawdopodobna.

Myślę sobie, że nie warto jednak marnować remisji ze strachu przed nawrotem.

Tak jak nie warto marnować wiosny i lata ze strachu przed zimą. Zima i tak nadejdzie. Wtedy będziemy się martwić. Póki jej nie ma cieszmy się tym co mamy. 🙂

słońce remisja w chad4

Koszyk łakoci

Jeśli trafileś albo trafiłaś tutaj dlatego, że boisz się nawrotu choroby, to podrzucę kilka podpowiedzi jak zmaksymalizować swoje szanse na utrzymanie remisji w ChAD. Zatem należy:

  • brać regularnie leki – chyba, że lekarz prowadzący zaleci inaczej, np. remisja już trwa długo i podejmiecie decyzję o odstawieniu. Ja akurat na ten moment biorę leki nawet w remisji, nie tylko te na sen.
  • dodać do tego regularną psychoterapię – jeśli jeszcze takiej nie przeszliśmy. To zaprocentuje.
  • zadbać o swoje warunki socjalno-bytowe – tak się chyba ładnie mówi na „mieć stabilne gdzie żyć i stabilne za co żyć”? Bez tego jest trudno zachować stabilność psychiki.
  • dbać o swoje zdrowie psychiczne: wysypiać się, otaczać życzliwymi ludźmi, nie wchodzić w toksyczne relacje, itd. Mnóstwo jest takich wskazówek w internecie, można spróbować, co dobrze na nas służy.

Może ktoś z Was doda coś jeszcze? 🙂

Jak widzicie, ten kozak z początku tekstu to było dość naciągane. 😉 Mój brak strachu przed nawrotem bierze się nie z nie wiadomo jakiej odwagi, tylko z poglądów na ChAD i chorowanie, i to jak widzę zdrowienie, i to jakie mam podejście do leczenia, i pewnie jeszcze kilka rzeczy. Wszystko się ze sobą łączy. 😉

Napiszę Wam jeszcze na koniec jedną rzecz: ja się bardzo cieszę, że się nie boję nawrotu! Jak pomyślę, ile energii, mojej cennej, w trudach zdobytej remisyjnej energii by poszło na martwienie się to aż mi słabo.

About

Mam Chorobę Afektywną Dwubiegunową. Jestem pacjentką, nie lekarzem, nie psychologiem, ani żadnym ze specjalistów pracujących z osobami chorującymi psychicznie. Celem tego bloga jest pokazanie, że diagnoza psychiatryczna to nie koniec świata i że z ChAD można normalnie żyć. :) Więcej o mnie pod tym linkiem.

Zajrzyj też tutaj: