Szczerze o… tym, co dla mnie trudne w chorowaniu

Może niektórzy z tego Was nie wiedzą, ale na szczęście ja wiem i się chętnie podzielę. Otóż w chorowaniu na chorobę psychiczną czy w chorowaniu na ChAD są… uwaga, uwaga, uwaga, są rzeczy SUPER ŁATWE. Tak zwana prościzna, łatwizna, z płatka. W różnych momentach i dla różnych osób będzie to oczywiście co innego. Dla mnie na przykład przez większość czasu taką sytuacją był sam przebieg wizyty u psychiatry(ów). Mój lekarz, który wysłucha, zrozumie, podpowie jakieś rozwiązanie, znajdzie lek, rozpozna objawy – to mi się kojarzy z czymś tak komfortowym! Czymś do czego nie muszę się specjalnie przygotowywać i czym nie trzeba się stresować. Ale już na przykład wykupowanie recept czy umawianie się do wspomnianych wyżej lekarzy… Hmm… te wydawałoby się bardziej prozaiczne czynności przyprawiały mnie czasami o taki ból głowy, że to aż niesamowite z obecnego punktu widzenia. Co sprawia mi takie trudności teraz? Co jeszcze było problemem w przeszłości? I jak widzę przyszłość?

Teraz jest trudne…

Przede wszystkim trudne jest pamiętanie, że nie wszystko co złe można przypisać Chorobie Afektywnej Dwubiegunowej. Jeśli coś się nie udało, to całkiem prawdopodobne, że to zasługa innych czynników, niż choroby. Weźmy na tapetę na przykład nieudane spotkanie. Może ono nie wypaliło, nie dlatego, że mam ChAD, ale z miliona innych powodów? Może zwyczajnie nie polubiłam osoby, z którą się spotkałam, może temat rozmowy nie był ciekawy, miejsce spotkania nie dla mnie, może to akurat był dla mnie dzień na słuchanie muzyki w samotności? Może to nie wina ChAD, żadnych deficytów, może nic do rzeczy nie ma to, że biorę leki, że kilka lat wstecz byłam na oddziale, czy jakie tam jeszcze durne powiązania może wymyślić głupi mózg. Ale wymyśla i choć czuję, że z dnia na dzień jest coraz łatwiej, to jednak wciąż muszę się pilnować, żeby nie dać się temu niespecjalnie mądremu myśleniu.

Dzień spędzony w piżamie może być wynikiem lenistwa lub potrzeby luźniejszego czasu spędzonego sama ze sobą. Prawda? Prawda. Wcale nie ChAD.

Milczenie w towarzystwie to może nie tyle jakiś pokręcony skutek uboczny działania leków tylko brak zainteresowania tym akurat towarzystwem. Może tak być? Może.

Itd., itp., etc. Sytuacje można mnożyć po wydawałoby się tak abstrakcyjne, jak np. sprzedawca w sklepie krzywo na mnie spojrzał, na pewno wie, że choruję.

Nie wszystko da się wytłumaczyć chorobą. Trzeba się wyrwać z tego kręgu chorowania i myślenia o sobie jak o kimś przede wszystkim chorym, nie? 🙂

Z rzeczy praktycznych -trudna jest luka w życiorysie. Ja mam kilka takich okresów, kiedy nie robiłam nic poza chorowaniem. I to wychodzi: na rozmowach kwalifikacyjnych, w zwykłych rozmowach z ludźmi, którzy nie wiedzą, że choruję. Wystarczy głupi temat z tych w rodzaju: „co robiliśmy rok temu”, a ja nie robiłam nic poza chorowaniem/zdrowieniem.

Kiedyś było trudne… – drobiazgi

Kilka migawek z przeszłości, zanim przejdziemy do cięższych tematów:

Wiecie, jak nienawidziłam pobierania krwi, na które wysyłali mnie psychiatrzy, bo pielęgniarki prawie zawsze, no w 9/10 przypadków wypytywały mnie jakie dokładnie leki biorę i na co konkretnie? Serio, potrafiły być tak wścibskie! Brr. Trochę trwało zanim znalazłam na to swój sposób.

Jak nie raz i nie dwa trudno mi było wysiedzieć w kolejce pełnej innych pacjentów, wchodzących do lekarza z poślizgiem czasowym? Albo słuchać rozmów innych zaburzonych pacjentów pod gabinetem?

Jak swego czasu nie cierpiałam zapisów, bo w pewnej przychodni, do której chodziłam (tylko) przez kilka miesięcy zawsze był problem z panią w okienku, lubiącą sobie pójść w świat? I trzeba było na nią czekać w nieskończoność! A nie dało się za bardzo zapisać przez telefon, bo przecież nie miał kto go odebrać.

Jak stresowałam się przed każdą pierwszą wizytą u nowego psychiatry? Choć miałam ze sobą kartę z poprzedniej przychodni, konkretną diagnozę, jednoznaczne objawy. Ale nie znałam człowieka, nawet jak był z polecenia.

Kiedyś było trudne… – duże rzeczy

Z perspektywy czasu to są dla mnie drobnostki. Tak jak okazjonalny problem z realizacją recept. 😉 Większy kaliber widzę w takich sytuacjach:

Wiecie, jak mocno stresowałam się pierwszą wizytą u pierwszego lekarza psychiatry? W skali od 1 do 10 to będzie jakiś plus minus sto. Bardzo dużo czasu zajęło mi przełamanie się i w ogóle umówienie do tego lekarza, po drodze na wizytę miałam jakieś problemy logistyczne, zapomniałam karty(!), nie miałam przy sobie wystarczającej ilości gotówki (wizyta była płatna), weszłam do lekarza tylko dzięki uprzejmości recepcjonistki. A sam czas spędzony w gabinecie? Też był trudny, nie tylko ze względu na mój wysoki ogólny poziom roztrzęsienia, ale też ze względu na podejście lekarza. Jak tylko wyszłam i zamknęłam za sobą drzwi, to się rozpłakałam. To był bardzo trudny moment. Że ja zrealizowałam tę receptę, nie zraziłam się do psychiatrii i dalej szukałam lekarza dla siebie, to nawet teraz mnie pozytywnie zadziwia. 😛

Stresowałam się też mocno przed pierwszym spotkaniem z psychoterapeutą. Byłam tak bardzo przerażona tym, że nie będę wiedziała co powiedzieć, że… gadałam nieprzerwanie(!) przez całą sesję. Naprawdę wydaje mi się, że nie udało mu się wtrącić więcej niż kilku zdań. Potem było na szczęście już lepiej. 😉

Naprawdę, naprawdę bardzo trudnymi momentami były te, kiedy musiałam decydować, czy zgadzam się na propozycję pójścia do szpitala albo na oddział dzienny. Za każdym razem musiałam rozważyć na tyle na chłodno, na ile to tylko było możliwe, co będzie dla mnie w danej chwili najlepsze. Trzeba było odsiać wartościowe rady od tych podszytych strachem o mnie. Ocenić racjonalnie własne zasoby. I zgodzić się albo odmówić. Bardzo jestem szczęśliwa, że nie ma teraz w moim życiu takich dylematów i sytuacji. Bo każda kolejna taka decyzja nie jest prostsza do podjęcia niż poprzednia. W tej kwestii nie przybywa mądrości. I jeszcze może ciesze się, że mnie omija konieczność takiego decydowania dlatego, że świat jest czarno-biały i w życiu nie ma tylko dobrych i tylko złych odpowiedzi jak w szkole na matematyce.

W przyszłości trudne może być…

Hasło numer jeden: ciąża. Jasne, że nie dotyczy to każdej osoby z ChAD, ale ja akurat biorę takie leki, które są w ciąży całkowicie zakazane, bo naprawdę mocno szkodzą potomstwu. Na razie ten temat ciąży dla mnie nie istnieje, ale kto wie, co będzie za kilka lat? Idea odstawienia tego pysznego koktajlu leków, który teraz biorę niezbyt mi się podoba, bo jak Wam pisałam, taka mieszanka świetnie na mnie działa. Temat wydaje się więc potencjalnie problemowy.

Hasło numer dwa: prowadzenie samochodu. Znacie te adnotacje-ostrzeżenia na ulotkach leków na temat „nie kierować pojazdami”? Na moich tabletkach też takie są i uważam, że całkiem słusznie. U mnie to nie tylko kwestia zapisu na kawałku papieru, ale faktycznie spowolnionych reakcji. Tu podobnie jak z ciążą – na razie mnie nie dotyczy i nie planuję, żeby mnie dotyczyło w najbliższej przyszłości, ale może za kilka lat chciałabym jeździć własnym samochodem? W obecnej sytuacji nie widzę, jak mogłoby do tego dojść.

 

A na zakończenie posłuchajcie: zanim ktoś mi zarzuci, że moja lista jest wybrakowana i nie ma na niej wspomnienia na przykład trudnych pobytów na oddziałach, trudnej pracy własnej, trudnej psychoterapii, trudnych rozmów z ludźmi, trudnego tego czy tamtego o czym w tej chwili nie pomyślałam… Pewnie, że chorowanie nie jest usłane różami i wymienione w poprzednim zdaniu sytuacje były trudne. Gdybym chciała opisać je wszystkie nie wystarczyłoby bloga. 😉 Wybrałam więc te najtrudniejsze z mojego punktu widzenia. To, co najbardziej zapadło mi w pamięć. Wypytujące pielęgniarki do tej pory mam w głowie, a na myśl o psychoterapii tylko się uśmiecham.

A jakie są Wasze trudne momenty?

About

Mam Chorobę Afektywną Dwubiegunową. Jestem pacjentką, nie lekarzem, nie psychologiem, ani żadnym ze specjalistów pracujących z osobami chorującymi psychicznie. Celem tego bloga jest pokazanie, że diagnoza psychiatryczna to nie koniec świata i że z ChAD można normalnie żyć. :) Więcej o mnie pod tym linkiem.

Zajrzyj też tutaj: