Szczerze o… tym, co dla mnie piękne w chorowaniu

Palec do budki, kto z Was przypomina sobie, jak pięć miesięcy temu opublikowałam na blogu wpis o najtrudniejszych rzeczach w chorowaniu? Kto pamięta, kto? Tutaj podrzucam link dla zainteresowanych. Jak widzicie, tam było szczerze o tym co trudne. Dzisiaj zapraszam na drugą odsłonę szczerości i tym razem będzie o rzeczach pięknych. Część osób pewnie się zdziwi – jak połączyć piękno i chorobę? W końcu choroba to stan odbiegający od normy, to osłabienie, to zawsze utrata czegoś – jakichś możliwości, potencjału, sił, choćby na chwilę. Ale wiążą się z tym też takie elementy, które określiłabym jako piękne. To wydaje mi się być całkiem odpowiedni przymiotnik na dziś.

Psychiatra

Psychiatra oczywiście nie musi być piękny. 😉 Choć może, ja tam nie zabraniam. Chciałabym Wam jednak zamiast zastanawiania się nad urodą psychiatry zaproponować zastanowienie się nad czymś trochę innym.

Być może to znacie: chorujecie, macie akurat ChAD, akurat depresję, choć jest kilka innych stanów, w których mogłoby się z Wami dziać podobnie. Trochę nie jecie, trochę nie śpicie, tak jakby nie myliście się od 2 tygodni i super, że jest wtedy zima, a nie takie upały jak tego lata. Intelektualnie to też nie wyżyny, ani nic nie czytane, ani nic nie pooglądane, choć generalnie coś tam się odpowie, jak padnie jakieś proste pytanie. Ale proste, ok? Do lekarza psychiatry trzeba przebyć pół miasta – udaje się, ale z przygodami. Nie wyjść z siebie w poczekalni – zrobione, choć z trudem. W samym gabinecie widać wyraźnie tę różnicę: że psychiatra jest umyty, wyspany i najedzony a pacjentka to wszystko jakby prawie też tak, ale całkiem odwrotnie.

I wtedy zaczyna się to, co jest piękne. Okazuje się, że mimo tego wszystkiego, tych wszystkich moich braków, tych różnic, jestem dla lekarza partnerką. Że on wciąż i nawet pomimo to widzi we mnie człowieka równego sobie, tylko chorego. Ale nie gorszego. Może i trzeba się taką pacjentką zająć i zaopiekować, natomiast nie jest wcale konieczne, aby traktować ją przy tym przedmiotowo. Można się liczyć z jej zdaniem? Można dać jej to odczuć? Bez upupiania, a z traktowaniem jak podmiot leczenia, nie przedmiot? Dobry lekarz pokaże, że się da.

Prawda, że to piękniejsze, niż najpiękniejszy nawet wygląd lekarza? I choć już od dawna jestem przyzwyczajona do takiego traktowania przez psychiatrów, to… kiedyś był dla mnie ten pierwszy raz, to pierwsze zdziwienie, że tak też można, że tak też się da, że tak też ktoś się stara podchodzić do pacjentów.

Psychoterapeuta

Jestem w terapii już trochę, tak oględnie mówiąc. W czasie tych kilku lat spotykałam się z jednym i tym samym psychoterapeutą. W terapii, jak to w terapii miało miejsce wiele momentów trudnych, ciężkich i wymagających, były też zabawne, a nawet piękne. Tak jak ten moment poniżej.

Z mojej perspektywy wyglądało to tak: opowiadałam jakąś historię, właśnie skończyłam wątek i na chwilę zapadła cisza. W czasie jej trwania w mojej głowie szybciutko obracały się trybiki myślowe, w związku z czym pojawiła się u mnie jeszcze jedna istotna rzecz do dopowiedzenia, taki jakby wniosek do jednej z kwestii. I zaczęłam mówić.

Z perspektywy mojego terapeuty wyglądało to prawdopodobnie tak: wysłuchał z uwagą opowiadanej historii, poczekał na skończenie wszystkich wątków. Zapadła cisza. Jego profesjonalne trybiki na pewno poruszały się jeszcze szybciej niż moje i uznał, że pomoże mi, zadając do jednej z poruszonych kwestii jeszcze jedno pytanie.

Z perspektywy wszechświata: pacjentka siedząca na jednym z foteli w jednym z milionów gabinetów terapeutycznych na świecie zamilkła, po czym jednocześnie i ona, i terapeuta zaczęli mówić i… jej słowa były dokładną odpowiedzią na jego pytanie. 10/10, trafiony zatopiony!

Dlaczego to było piękne? Wtedy bardzo mocno poczułam, ile z tej terapii do tej pory wzięłam. Jak dużo umiejętności już mam. Jak dużo nie miałam, gdy tam trafiłam, ale że to już przeszłość! I że – gdyby zaszła taka potrzeba, to naprawdę jakoś sensownie poradzę sobie sama, bo mam już dużo przydatnych narzędzi. No bo hej, skoro dochodzę do ważnych dla mnie wniosków sama, bez podpowiedzi i nakierowań z zewnątrz, to chyba jest całkiem nieźle? Tak to było na tamten moment.

Pacjent

Nie lubię tego gloryfikowania, że tak jak inni pacjenci to nigdy nie zrozumie nas nawet nasza własna rodzina czy inni bliscy. Pojawia się czasami takie hasło, zauważyliście? Ja nie uważam, żeby to zawsze było prawdziwe, ale czasami… Czasami są takie momenty, które ciężko odtworzyć z nie-chorującymi.

Na przykład jesteśmy na oddziale i poznajemy naraz mnóstwo zupełnie obcych osób. Niektórzy skrajnie inni niż my. Gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach, pewnie nawet nie byłoby obopólnej sympatii ani żadnych tematów do rozmowy. Tymczasem obie strony wiedzą, że ta druga osoba choruje. Często nawet lepiej zapamiętuje się czyjąś diagnozę niż imię, wiecie? I dzieje się coś niezwykłego – choroba psychiczna otwiera drzwi do kontaktów w danej społeczności. Można milczeć razem, w takim dobrym sensie, można prowadzić ciekawe rozmowy, do których kluczem jest posiadanie choroby/zaburzenia psychicznego, można nawet nawiązać fajne znajomości na dłużej.

Albo taka sytuacja: spotykasz kogoś nowego i jednak obcego, przypadkiem okazuje się, że jedno z Was choruje, jeszcze większym przypadkiem, że drugie też. Tworzy się specyficzna nić porozumienia, psychiatryczne żarty rozumiane w lot, jest empatia nakierowana dokładnie na to co trzeba i są właściwie zadawane pytania. I wiadomo, że taką sytuację stwarza właśnie ten huragan niszczący wszystko na swojej drodze, czyli choroba psychiczna.

Piękne jest to, że w tym wypadku ChAD czy inne zaburzenie/choroba psychiczna choć raz coś daje, a nie zabiera. Ale też, żebym nie miała wyrzutów, że nie wyraziłam tego jasno: nie zawsze jest właśnie w ten sposób. Czasami spotykają się dwie osoby chorujące i nie ma magii,  nic się nie dzieje, a czasami więcej można otrzymać od innych, całkiem niechorujących osób.

Człowiek na plus

W tym czasie, kiedy uświadomiłam sobie potrzebę leczenia się i gdy to leczenie rozpoczynałam, znałam naprawdę różnych ludzi. Oczywiście wśród tych bliższych i dalszych znajomych znajdowały się też osoby będące w psychoterapii, chorujące, po kryzysach psychicznych, interesujące się psychologią, mające w rodzinie kogoś, kto chorował. Ja o niektórych osobach to wiedziałam, ale czasami wcale nie albo tylko mi coś dzwoniło, ale nie wiadomo gdzie i co. Chyba jeszcze bardziej oczywiste będzie to, że były też takie osoby wśród moich znajomych, które z tym światem nic wspólnego nie miały, dla których psychiatra to był tylko jakiś lekarz, psychoterapia słowo jak każde inne, a choroba psychiczna coś bardzo odległego. Jak to w życiu.

W tym moim życiu miałam ogromne szczęście trafić na paru fantastycznych ludzi.

Moje wspomnienia z pierwszej sesji? Pamiętam terapeutę i gabinet, w którym miejscu siedziałam, co mówiłam, że dostałam od niego smsa wcześniej z wyjaśnieniem jak dotrzeć. Ale pamiętam też, że nie byłam sama. Że odprowadzono mnie pod same drzwi, że poczekano, a kiedy sesja się skończyła trafiłam prosto do kawiarni na pogaduchy, opowiedzenie wrażeń. I jeszcze dostałam mały prezent, który mam do dziś.

Terapeutę też ktoś pomógł wybrać.

Gdy po raz pierwszy wyszłam z gabinetu psychiatry, to też ktoś czekał na moją relację.

Gdy po raz któryś zmieniałam psychiatrę też ktoś podpowiedział, do kogo iść.

Wsparcie, empatia, wysłuchanie, zrozumienie, pomoc – między innymi takie piękne rzeczy można dostać za darmo na rynku relacji międzyludzkich, czasami zupełnie o nie nie prosząc i nie spodziewając się ich wcale.

Człowiek na minus?

Ale są też reakcje niewspierające i niepozytywne. Nazwijmy je reakcjami sceptycznymi. To te, gdzie gdy potrzebujesz empatii, dostajesz pytania ostre jak szpile. Nawet nie wynika to wtedy z jakiejś specjalnej złośliwości – ktoś po prostu kompletnie nie rozumie tematu! I wydaje mu się, że całkiem mądrym jest odradzać wizyty u psychiatry na rzecz na przykład nauki medytacji. Jestem pewna, że też znacie takich ludzi i zaraz zapytacie gdzie tu miejsce na piękno.

A ono tam jest, schowane i może się odezwać po kilku latach niespodziewanym telefonem z prośbą o podanie na przykład… namiarów na dobrego psychiatrę.

I wtedy wszystkie głupie rozmowy nabierają sensu i dociera do Ciebie, że prawdopodobnie poniekąd dzięki Tobie ktoś inny choć trochę przekonał się do leczenia i zacznie walczyć o siebie. Że pójdzie do psychiatry albo/i na terapię i będzie miał w głowie Twój przykład.

Ja sama

Lubicie zmiany? Ja tak średnio przepadam za zmianami w otoczeniu. Jest natomiast taki jeden rodzaj zmian, którym z przyjemnością się przyglądam. Są to zmiany we mnie.

Na świecie istniało i istnieje z trylion rzeczy, które sprawiających trudność. Schematy w zachowaniu i myśleniu, które były bardziej zawalidrogą niż pomocą. Lęki, strachy, nieuzasadnione obawy, czy jak tam tego nie nazwać, które wszystko komplikowały. Nerwy na wierzchu i bardzo intensywne emocje tuż pod skórą. ChAD jeszcze nie przerobiony na drobną mielonkę. Żal, że się ten ChAD ma. I wiele innych rzeczy.

Mi się udaje nad tymi trudnościami pracować. I co jakiś czas patrząc wstecz, widzę, że byłam inna, niż jestem teraz. Że jakąś przeszkodę udało się usunąć. Coś rozplątać. Trochę zmienić. 😉 Jest to dla mnie każdorazowo silne i fajne doświadczenie – spojrzeć za siebie i zobaczyć o ile jestem do przodu.

 

Jak dla mnie to doskonale da się odnaleźć rzeczy piękne w chorowaniu, niemniej trzeba przy tym zaznaczyć, że są one bardziej jak kwiat paproci, niż grzyby po deszczu. To co zebrałam w tym wpisie, to nie doświadczenia z miesiąca czy nawet roku, ale z jakichś siedmiu lat. Ale jak widać – takie doświadczenia też są.

Czy Wy widzicie w swoim chorowaniu rzeczy piękne? Albo wzruszające, budujące, ładne?

About

Mam Chorobę Afektywną Dwubiegunową. Jestem pacjentką, nie lekarzem, nie psychologiem, ani żadnym ze specjalistów pracujących z osobami chorującymi psychicznie. Celem tego bloga jest pokazanie, że diagnoza psychiatryczna to nie koniec świata i że z ChAD można normalnie żyć. :) Więcej o mnie pod tym linkiem.

Zajrzyj też tutaj: