Lekka depresja – czy warto ją leczyć?

czerwone jabłką z wydrążoną w środku owalną dziurąDepresja, a właściwie jej łagodna postać, lekka depresja – dziś to o niej będzie wpis, ale najpierw mała dygresja, która zainspirowała mnie do poruszenia tego tematu.

Taka krótka historyjka z wczoraj

Wczoraj to ja jechałam autobusem. W pewnym momencie stanęliśmy w korku, cóż zdarza się. Na zewnątrz, po drugiej stronie “mojego” okna ciągnęły się barierki oddzielające jeden kierunek ruchu od drugiego. Takie najzwyklejsze w świecie metalowe barierki. Cały sęk w tym, że te barierki były obklejone różnego rodzaju reklamami. Hydraulik, pożyczki, drewno na opał. Znacie to na pewno i pewnie nie raz coś takiego omijaliście wzrokiem.

No właśnie, omijaliście wydaje mi się dobrym określeniem. Powątpiewam mocno w skuteczność tego rodzaju ogłaszania się. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że komuś stojącemu w korku po zobaczeniu małej żółtej naklejonej karteczki nagle przypomni się, że przecież szuka kogoś, kto mu wykona meble na wymiar albo wymieni drzwi na nowe. I tak, tak, tak, już widzę to gorączkowe spisywanie numeru telefonu. Widzicie to ze mną? Moja wyobraźnia już cienko przędzie w tym momencie. Nie wierzę w sensowność tych nabarierkowych reklam i już.

Przywołuję to dlatego, że bezsens tej sytuacji skojarzył mi się ze słowami o innej bezsensowności, które czasami słyszę. Mam na myśli takie stwierdzenia: “czy jest sens leczyć lekką depresję?

Depresja i jej poziomy

Troszkę wstępu, obiecuję, że będzie krótko. Depresja niby jako taka jest jedna. Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób ICD-10 wyróżnia trzy stadia depresji: depresję łagodną, depresję umiarkowaną, depresję ciężką. Jak to wygląda u każdego człowieka to sprawa mocno indywidualna.

Natężenie objawów i ich uciążliwość nie są w depresji raz na zawsze określone. Np. lęki – jedna depresja może być taka, że tych lęków będzie trochę, ale da się je wytrzymać. W jakiejś kolejnej depresji u tej samej osoby może być ich o wiele więcej i będą nieznośne. Na odwrót też to oczywiście działa. Jedna depresja pełna problemów ze snem i druga, kilka lat później, w której ten problem może w ogóle nie zaistnieć.

Ocena lekarska czy depresja jest ciężka czy łagodna, to oczywiście ocena całokształtu funkcjonowania chorego, nie pojedynczych objawów. Ale i z całokształtem jest podobnie. Jeśli masz za sobą na przykład dwie umiarkowane depresje to kolejna może się zdarzyć łagodna. Jak najbardziej może tak być. Skomplikowane? Po prostu wystarczy pamiętać, że może się zdarzyć wszystko i w dowolnej kolejności.

Wracając do pytania, które mnie zainspirowało do tego wpisu. Czy warto leczyć lekką depresję? Człowieka, któremu coś dolega, ale przecież całkiem dobrze funkcjonuje?

Trochę prywaty

Dla mnie to trochę osobista kwestia. Mnie czasami pytano, dlaczego podjęłam leczenie depresji, skoro jeszcze nie jestem w stanie bezładnego leżenia ani nie zagrażam własnemu życiu. Przecież jeszcze nie jest tak źle, jeszcze funkcjonujesz całkiem normalnie, a przede wszystkim: przecież mogło być gorzej. Wieczne “jeszcze”, porównywanie do najgorszej możliwej opcji i umniejszanie objawów, które już są. Ugh, jak ja tego nie cierpię!

Ja widzę to tak, że jest sens leczenia nawet łagodnych depresji.

Po co leczyć lekką depresję?

Pierwszym “tajemnicznym” sensem leczenia tych nie-najciężych postaci depresji jest po prostu zwrócenie uwagi na to, jak dana osoba się czuje. Objawy objawami, funkcjonowanie funkcjonowaniem, a samopoczucie to przecież jeszcze coś innego. Można radzić sobie świetnie, ale być u kresu wytrzymałości? Myślę, że można. Wystarczy, że człowiek czuje, że jest nie w porządku, że objawy chorobowe go przerastają, że jest ciężko albo źle i dla mnie to już jest dobra przesłanka do leczenia.

Drugi sens jest taki – nieleczona łagodna depresja może przekształcić się w każdej chwili w którąś poważniejszą postać. Nic nie jest dane na zawsze, nie? W każdym momencie może się zrobić gorzej, a wyjść ze stanu „gorzej” jest o wiele trudniej. Pogorszenie może zaś nastąpić nagle, bez dawania wcześniejszych oznak, że np. to właśnie w czwartek się pogorszy.

Ja jestem zwolenniczką leczenia każdej depresji, która wyraźnie utrudnia nam prowadzenie normalnego życia, nawet gdyby sąsiad czy koleżanka uważali, że to zbyt łagodna postać choroby i należy jeszcze poczekać z leczeniem.

About

Piszę bloga, bo lubię w wolnym czasie pobyć czarownicą. ;) Zamierzam tutaj trochę odczarować choroby psychiczne, a w szczególności Chorobę Afektywną Dwubiegunową, którą sama mam. Odczarować, czyli trochę o nich opowiedzieć, trochę na sobie pokazać, że z taką chorobą można żyć i nie zwariować. ;) Trochę przybliżyć, sprawić, żeby nie były takie groźne, nieznane i tabu. Więcej o mnie podtym linkiem.

Może także Cię zainteresuje

  • Hej. Tak sobie wertuje Twojego bloga, bo temat depresji i choroby afektywnej dwu i jednobiegunowej nie jest mi obcy. Można powiedzieć, że mam lekką odmianę depresji (a nawet nie można powiedzieć, tylko jest to stwierdzone przez lekarzy ;)) plus kilka innych gratisów. Nie chcę się codziennie zabić, czasami 😉 wstaję z łóżka, ale wiem, że jestem chora i lepsze dni, to tylko taki stan przejściowy. Od jakiegoś czasu nie biorę żadnych leków (zaraz zajrzę do Twoich postów o lekach) i nie chodzę na psychoterapię, ale w trosce o jakość mojego życia, chyba znów będę musiała powrócić do tych rzeczy. W moim otoczeniu mam też kilka osób z CHAD i innymi schorzeniami i tak się wspieramy i dołujemy nawzajem, naprzemiennie – nie jest łatwo. Cieszę się, że piszesz o takich rzeczach, w końcu, w dzisiejszych czasach przede wszystkim szuka się informacji w internecie, w pierwszej kolejności. Ja, mimo tego, że piszę pod prawdziwym nazwiskiem i w dodatku pokazałam swoją twarz, też za jakiś czas planuje serię na blogu o mojej chorobie, leczeniu, doświadczeniach z psychoterapią. Im więcej osób zastanowi się po czymś takim nad stanem zdrowia swoim lub ludzi ze swojego otoczenia, tym lepiej. Pozdrawiam!

    • Dziękuję za komentarz!

      W moim odczuciu lekka depresja to taki trochę kontrowersyjny temat. Czasami ciężko komuś wytłumaczyć na czym polega problem, skoro się jako tako funkcjonuje. Nawet współ-pacjenci czasami tego nie rozumieją, że można mieć „lepsze” dni, a i tak ciągle chorować.

      Polecam i farmakoterapię i psychoterapię, jeśli jest taka potrzeba! 🙂 Mi bardzo pomogło jedno i drugie.

      • W ogóle ciężko wytłumaczyć komuś depresję – często jest mylona z lenistwem. Niektórzy nie są w stanie pojąć, że to reakcje chemiczne zachodzące w mózgu.

        Mi też pomogło jedno i drugie. Szkoda jednak, że na NFZ tak ciężko o dobrą terapię (przynajmniej indywidualną).

        • Niestety na NFZ też ciężko z terminami. 🙁

          Z lenistwem albo z jakimś zaburzeniem somatycznym typu niedobory witamin, albo uznawanie, że to nie depresja, tylko takie cechy charakteru.

          Z tym mózgiem to nie zawsze. Czasami depresja może być takim fajnym sygnałem ostrzegawczym dla nas, że coś się dzieje niedobrego z naszymi emocjami, z czymś sobie nie radzimy, nie jesteśmy w dobrym dla nas miejscu w życiu itd.

  • Każda depresja jest niebezpieczna, nawet ta z lekkimi i bardzo subtelnymi objawami. Nie raz przekonałem się o tym jak może być destruktywna pracując w szkole.

    • Nigdy nie wiadomo, co jeszcze siedzi w tym worku zwanym lekką depresją. Czasami nowe objawy mogą nas samych zaskoczyć. A te, które już mamy mogą skutecznie utrudnić funkcjonowanie.

  • Magda

    lepiej leczyć niż zostawić to samemu sobie, możn być po prostu gorzej

  • Kiedy miałam 17 lat, przyplątał się do mnie epizod stanu mieszanego, w którym czułam się bardzo depresyjnie, miałam natarczywe myśli samobójcze i nie potrafiłam się uczyć (bo po co?), ale cały czas podtrzymywałam relacje z bliskimi, miałam energię na spotkania, bywałam w dobrym humorze itd. Wszyscy dorośli mnie olali, równocześnie rozpływając się nad kolegą z klasy, który zachorował tak, że nie mógł się ruszyć z łóżka. Usłyszałam m.in., że „to jest depresja”, a to moje to tylko lenistwo. Kolegą się zajęli, pokierowali do lekarza, umożliwili zdawanie do kolejnej klasy w trybie indywidualnym, a mnie pozostało powtarzać klasę (rzekomo na własne życzenie) i wysłuchiwać pretensji o lenistwie itd. Potem nauczyłam się imitować klasyczną depresję oraz radzić sobie mimo problemów (bo jeszcze nie jest tak źle) i efekt był taki, że diagnozę ChAD dostałam wiele, wiele lat po tamtym epizodzie.

    • Poruszyłaś bardzo ważny i trudny temat. Stan mieszany i to, jak go postrzegają osoby postronne. Mnie najbardziej uderza to, że potrzebna jest wtedy nawet nie jakaś specjalistyczna wiedza, ale odrobina wysiłku i przyjrzenia się, żeby zobaczyć, że z osobą chorującą dzieje się coś naprawdę męczącego i niedobrego. Takiego ludzkiego pochylenia się nad drugim człowiekiem często brakuje. Stan mieszany jest często niezrozumiany. 🙁
      A z diagnozą to jest jeszcze inna historia. Jest bardzo dużo przypadków osób, które nie zostały zdiagnozowane od razu. 🙁

      • Stany mieszane są przeważnie kompletnie nieznane ludziom. Sama studiuję psychologię i choć nie specjalizuję się w psychopatologii, po odpowiednim kursie miałam jakąś tam, ponadprzeciętną na tle społeczeństwa, wiedzę o problemach psychiatrycznych – a o istnieniu stanów mieszanych nie miałam pojęcia. Gdyby nie to, prawdopodobniej szybciej zdiagnozowałabym się sama (bo do psychiatry, u którego już się leczyłam ze stanów lękowo-depresyjnych, poszłam z podejrzeniami ChAD i to zainicjowało pytania diagnostyczne i potwierdzenie przypuszczeń diagnozą). Ale zawsze byłam przekonana, że można mieć albo depresję, albo (hipo)manię… Moi wcześniejsi lekarze też nie zadawali adekwatnych pytań: chociaż bardzo często zdarzało mi się mówić o depresji z uśmiechem na ustach, to dla nich było to jedynie przesłanką, że nie jest ze mną źle.

        A propos niediagnozowania od razu, moja matka, która też ma ChAD, doczekała się prawidłowej diagnozy po prawie czterdziestu latach (!) nieregularnych wizyt u psychiatry i nieskutecznego leczenia zwykłej depresji. Kazałam jej poprosić doktora, żeby ją przepytał pod kątem bipolara, bo coś mi się wydawało, że skoro ja go mam, to mogę mieć po niej…

        • Ja też studiuję psychologię i choć jestem na samym początku mojej przygody z tym kierunkiem, to już mogę powiedzieć, że z rozumieniem ChADu jest ciężko. Jest zazwyczaj pojmowany jako albo – albo. Albo górka albo dołek. Żadnego słowa o stanach mieszanych, o tym, że zarówno depresję jak i hipomanię/manię można różnicować na lekką, umiarkowaną, itd. Nic o tym, że mogą się przytrafić objawy psychotyczne i to wciąż będzie ChAD a nie od razu schizofrenia. I często objawy są przedstawiane w sposób bardzo wyolbrzymiony, czyli, wiesz, jak dołek to próba samobójcza, jak górka to ostra mania z mocno zaawansowanymi objawami. 🙁 Mam nadzieję, że w kolejnych latach będzie na tych studiach trochę lepiej pod tym względem.

          • U mnie niestety nie było lepiej. Dlatego tak długo żyłam bez diagnozy, a potem bez leków. Świat wmówił mi, że się na tym znam, a skoro nie widzę się w opisie choroby, to jej nie mam. Koncentrowałam się osobno na stanach depresyjnych, lękowych i psychotycznych, kręcąc od „jestem zdrowa, fajna, nic mi nie dolega” po „mam schizofrenię, ale to musi być mój sekret”. Minęło wiele lat – w tym dwa z diagnozą – zanim wreszcie zrozumiałam chorobę, głównie dzięki „Breaking the Bipolar Cycle”, przyjacielowi, który się dla mnie dokształcił i sensownej psychiatrze z praktyką na oddziale chorób afektywnych.

            Bardzo się cieszę, że prowadzisz swojego bloga, bo doskonale rozumiem, jak bardzo jest potrzebny w naszym kraju. Mam nadzieję, że będziesz wysoko w Googlach 🙂

          • Wsparcie bliskich i dobry psychiatra bardzo się przydają. O Breaking the Bipolar Cycle nie słyszałam, właśnie sobie zgooglowałam.

            Szkoda, że Twoje studia wyglądały właśnie tak. 🙁 Tak, widzę, jaki wpływ na Twoje chorowanie mogła być wiedza przekazywana na studiach. Czy raczej jej brak. Szkoda bardzo. 🙁

            Dziękuję! 🙂

  • Niejako mam odwrotnie – już kilka razy słyszałam od przyjaciela (leczącego się z ciężkiej depresji) że powinnam jednak iść do psychologa „bo na razie sobie radzisz, ale kiedyś może się coś stać, co cię dobije”. Ironiczne jest to, że ja sama wysyłałam go do psychologa od blisko roku i starannie mnie ignorował, no ale przecież nie będę mu tego wypominać. Dobrze, że się zmienił. Aczkolwiek nie jestem przekonana. Głównie dlatego, że nienawidzę mówić o swoich problemach obcym osobom. Niepokoi mnie fakt, że jeżeli sama siebie nazwę osobą chorą, zacznę inaczej – gorzej – na siebie patrzeć; albo co gorsza uznam „no to teraz wszystko mi się należy, jak jestem taka chora”. Albo wpadnę w stan „męczennika”, czyli „Powinniście o mnie bardziej dbać, bo jestem taka nieszczęśliwa i od tylu lat cierpię”. Tak naprawdę ostatni rok to mój najlepszy okres w ciągu ośmiu złych lat – aż boję się to tknąć, żeby nie zepsuć.
    Interesuję się chorobami psychicznymi, czytam o tym (dlatego w ogóle tu trafiłam – bardzo fajny blog!), podchodzę do sprawy naukowo. Na pewno nie jestem człowiekiem zupełnie nic o sobie nie wiedzącym i nieświadomym. Obracam się wśród ludzi z problemami, chorobami psychicznymi, rozmawiam z nimi, analizuję, według tego kształtuję swój światopogląd. W pewien sposób te dziewięć lat naprawdę dużo mi dało.

    • Zawsze możesz potraktować tę „obcą osobę”, z którą przyszłoby Ci rozmawiać jako takie narzędzie, które może Ci pomóc, które zadziała na Twoją korzyść, które wpłynie na Ciebie pozytywnie w ogólnym rozrachunku, nawet jeśli początek może być lekko niekomfortowy z powodu tej „obcości”.
      Popełniasz jeden błąd, który Ci zaraz wytknę. 😛 Ale nie bierz tego proszę do siebie. Osoby chorujące psychicznie, często są bardzo świadome tego, co się dzieje z nimi i w ich wnętrzu. Nie są „nic nie wiedzące” jak to napisałaś. 😉 To ani nie pomaga ani nie przeszkadza tak naprawdę, jak już ktoś choruje. 🙁