10 faktów o mnie i moim chorowaniu – 5 lat z ChADem!

Ogłaszam święto! Bo wiecie co? Jest rocznica! Przypadkiem dotarło do mnie ostatnio, że jakoś mniej więcej teraz mija piąta rocznica mojego oficjalnego życia z ChADem! Minęło pięć lat, może nawet pięć lat plus minus miesiąc, od kiedy postawiono mi diagnozę Choroby Afektywnej Dwubiegunowej. Pięć lat, odkąd w mojej karcie leczenia po raz pierwszy wpisano „F31…”. Taką właśnie sygnaturę mają zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Pięć lat! Masa czasu. Może z tej okazji powspominamy?

To pierwszy tak osobisty wpis na tym blogu. Możecie być spokojni, nie zamieni się on nagle w pamiętniczek. 😉 Pomyślałam sobie, że ta mała rocznica to dobra okazja, żeby opowiedzieć o sobie coś więcej, niż można wyczytać pomiędzy wierszami pojedynczych wpisów.

chad chorowanie 1

Pierwszy raz u psychiatry byłam prawie 6 lat temu.

Mi się czasami wydaje, że upłynęły całe lata świetlne, a czasami, że to ledwie mrugnięcie okiem. Więc te 6 lat to jednocześnie dawno i niedawno. Pamiętam jak dziś, że bardzo się obawiałam pierwszej wizyty u lekarza. Włączyła mi się wtedy jedna z takich standardowych reakcji przed pierwszą wizytą u psychiatry. W moim przypadku było to przeświadczenie, że nie wiem, co mam tak właściwie powiedzieć. Dziś mam za sobą już masę doświadczenia w tym temacie i jestem już mądra, i wiem, że wystarczy odpowiadać na usłyszane pytania. 😉 Ale wtedy bardzo się bałam, że moje problemy są małe, niezbyt spektakularne i niewarte zainteresowania lekarza.

Jak poszło u pierwszego psychiatry? Wizyta była koszmarna, najgorsza ze wszystkich moich wizyt u jakiegokolwiek lekarza… Wyszłam z płaczem! I nigdy do tego konkretnego lekarza nie wróciłam. I na co mi było ostrożne wybieranie, filtrowanie opinii w internecie, ślęczenie nad różnymi stronami? Mogłam pójść do kogoś nie tak gorąco polecanego i pewnie lepiej bym na tym wyszła. Ta przygoda nauczyła mnie nie ufać opiniom w internecie. 🙂

Z rachunków wychodzi, że w ciągu pierwszego roku leczenia zmieniałam psychiatrów najczęściej.

Odwiedziłam ich wtedy 4. Później miałam już swoich stałych lekarzy, każdego przez kilka lat. Przez te 6 lat zmieniałam psychiatrów z różnych powodów. Niektóre powody były duże, jak np. przeprowadzka do innego miasta i konieczność zmiany lekarza, na takiego, żeby był pod ręką w nowej lokalizacji. Na szczęście mój fantastyczny lekarz był w stanie mi kogoś polecić! Raz zdarzyło mi się tak, że moje i bardzo dobrego psychiatry drogi się rozeszły, bo nie zgadzaliśmy się co do dalszego leczenia. Raz, bo pani doktor robiła cudne przetasowania z lekami a mi to bardzo nie służyło.

Z jednej pani doktor zrezygnowałam, bo nie dało się, po prostu nie dało się do niej umówić na następna wizytę, bo wciąż była na urlopie! Uwierzycie? Jak przychodziłam na umówiony dzień/godzinę, to zastawałam tylko kartkę na drzwiach, że lekarz w dniu dzisiejszym nie przyjmuje. A pani na recepcji nie była nigdy zbyt pomocna, bo mogła mnie tylko umówić na kolejny termin, kiedy to przychodziłam i zgadnijcie co? Zastawałam kartkę na drzwiach i historia się powtarzała. Więc dałam sobie spokój.

Pierwszy rok leczenia był w ogóle ciekawy od względem diagnozy.

Dużo się działo w papierach i co chwilę coś się zmieniało! Przeszłam w tamtym czasie ciekawą wędrówkę od posiadania bliżej niesprecyzowanego zaburzenia osobowości przez depresję i cyklotymię do ChADu właśnie. Jak to mówią: papier przyjmie wszystko. 😉 A bez nabijania się – Choroba Afektywna Dwubiegunowa ma to do siebie, że czasami ciężko postawić diagnozę od razu.

Te ewolucje diagnoz miały i swoją dobrą stronę. Dzięki temu dość płynnie i na tyle spokojnie na ile się dało przyjęłam tę właściwą diagnozę. Odrobinę łatwiej mieć ChAD, jeśli przed chwilą miało się cyklotymię (to taka łagodniejsza postać Choroby Afektywnej Dwubiegunowej, coś jak młodsza siostra). Łatwiej mieć cyklotymię, jeśli nie wzięła się ona znikąd, tylko z diagnozy depresja. Także nie ma tego złego. 😉

Postawienie diagnozy Choroba Afektywna Dwubiegunowa zajęło niecały rok.

Miałam dużo szczęścia, bo naprawdę zdarza się, że czasami zajmuje to cale lata! Znam osoby, które diagnozowano i 10-15 lat! Jak więc widzicie ja miałam naprawdę dużo szczęścia. Z perspektywy myślę, że moim szczęściem było po prostu trafienie do bardzo wnikliwego lekarza (to był mój czwarty psychiatra, pierwszy psychiatra z prawdziwego zdarzenia z jakim pracowałam). I może jeszcze zmiana fazy w odpowiednim momencie, tak, żeby ten ChAD pokazał pazurki (czy też pazury) i dał się zauważyć w całej okazałości.

chad chorowanie 2

Najprawdopodobniej choruję jakieś 8-9 lat.

Może dłużej, ale to wtedy musielibyśmy sięgać do okresu, gdy byłam nastolatką. Nie mam już takich potrzeb, żeby aż tak drążyć. Jeden mądry lekarz podzielił się kiedyś ze mną taką myślą: ciężko z wywiadu przeprowadzonego po latach zdiagnozować człowieka w okresie, gdy ten był nastolatkiem. Pamięć ulega różnym zniekształceniom. A także jak mi powiedziano, diagnozowanie dzieci i nastolatków rządzi się zupełnie innymi prawami, niż diagnozowanie chorób i zaburzeń psychicznych u dorosłych.

Pierwszy raz odwiedziłam gabinet psychoterapeutyczny też niecałe 6 lat temu.

To było około miesiąc po pierwszej wizycie u psychiatry, która zasugerowała psychoterapię jako ważny element leczenia. Tu dla odmiany po przygodach z psychiatrami od razu trafiłam tak, że byłam zadowolona i nie czułam potrzeby żadnych zmian. I jakżeby inaczej, też za pierwszym razem przejmowałam się, że nie wiem, co mam powiedzieć. Ba! Za pierwszym razem byłam tak zmartwiona tym, że nie wiem, o czym mam mówić, że mówiłam niemal nieprzerwanie przez godzinę. 😀 Pomijając jakieś drobne pytania psychoterapeuty, jak już udało mu się coś wtrącić. 😀 Bardzo byłam wtedy zestresowana. Tak intensywna sesja pod względem ilości wyrzucanych przeze mnie słów chyba nigdy się nie powtórzyła, choć nie jestem przecież milczkiem.

Uważam, że psychoterapia, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie mi się w życiu przydarzyły! Jeden z najfajniejszych procesów, w których miałam możliwość wziąć udział.

Niestety nie można powiedzieć, żeby mój ChAD był teraz w stanie remisji.

Na szybko policzyłam, że od mojej ostatniej remisji minął ponad rok. To też zresztą nie była jakaś epicko długa remisja, trwała raptem kilka miesięcy. Od tamtej pory zdarzało mi się być i do góry, i w dół. Ostatni stan mieszany – w lipcu. Był to intensywny, ale i bardzo meczący przerywnik od ciągnącej się od listopada depresji.

Remisje ze wszystkich stanów lubię najbardziej.

Zdecydowałam, że będę brała leki, choć mnie nie wyleczą.

Nie wyobrażam sobie nie brać leków w ogóle. Mój przebieg choroby niestety nie jest najpiękniejszy i pełen remisji. Szkoda, ale tak jest. Leki są w takiej sytuacji koniecznością, bo dzięki nim mogę w miarę funkcjonować. Mam świadomość, że mnie nie wyleczą. Ale skutecznie łagodzą objawy choroby. Miałam to szczęście/pecha, że zaczęłam się leczyć stosunkowo późno – bo w wieku 22 lat, a to późno w porównaniu do chorujących nastolatków. Mam więc porównanie jak wyglądało moje dorosłe życie bez leczenia – nigdy więcej takich atrakcji.

Miałam tylko jedną przyjemną górkę.

A górek miałam wiele. Ta przyjemna to dopiero całkiem niedawno, bo w zeszłym roku. Wszystkie moje wcześniejsze górki wiązały się raczej z poddenerwowaniem, nie euforią. Rozdrażnienie, rozkojarzenie, sfrustrowanie. Taki to klimat. 😉 Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem raczej w mniejszości i większość pacjentów opisuje górki – manie, hipomanie – jako stan bardzo przyjemny, niż pełen napięcia. Kiedyś się z tym czułam niezbyt w porządku, jakbym chorowała w jakiś dziwny, niepoprawny sposób. I wkurzało mnie niemiłosiernie, jak ktoś mi tłumaczył, że górki są dobre i przyjemne, a depresje smutne i złe. Teraz już mnie to tak nie rusza.

Nigdy nie byłam na oddziale zamkniętym w szpitalu psychiatrycznym.

Tzn. byłam, ale tylko jako gość. Zdarzyło mi się być hospitalizowaną nie raz, ale za każdym razem był to oddział dzienny. Dla przypomnienia: oddział dzienny to takie miejsce, gdzie pacjenci przychodzą rano np. na 8 czy 9, w ciągu dnia mają cały czas różne zajęcia i koło 14 – 15 wychodzą do swoich domów i rodzin, po to, by następnego dnia dojechać znów na zajęcia (arteterapię, psychoterapię, terapie pracą, muzykoterapię, psychoedukację, itd., itp.) Propozycje oddziału zamkniętego oczywiście ze strony lekarzy także padały, ale za każdym razem jak słyszałam o możliwości jakże fantastycznego 2- lub 3-miesięcznego pobytu, czy ogólnie o pobycie wielotygodniowym, to robiło mi się słabo. Zero poszanowania dla tego, że czas upływa.

 

Nie oczekujcie żadnego ckliwego zakończenia pt. jak ciężko mijały te lata z ChADem. 😛 Mam po prostu  nadzieję, że zainteresował Was i taki luźniejszy wpis, nieco inny od tych, które zwykle się tu zwykle pojawiają. Nie pisało mi się go łatwo – najpierw byłam spięta, bo nie przywykłam pisać tyle o sobie, a potem musiałam uważać, żeby nie popłynąć ze znakami i żeby nie wyszło tego za dużo i nadawało się do czytania. 🙂

About

Mam Chorobę Afektywną Dwubiegunową. Jestem pacjentką, nie lekarzem, nie psychologiem, ani żadnym ze specjalistów pracujących z osobami chorującymi psychicznie. Celem tego bloga jest pokazanie, że diagnoza psychiatryczna to nie koniec świata i że z ChAD można normalnie żyć. :) Więcej o mnie pod tym linkiem.

Może także Cię zainteresuje

  • To już pięć lat?! Wow… a ja pamiętam samiutkie początki tych diagnoz. Jesteś bardzo dzielną chadonistką:)

    • Dziękuję! 😀 Jestem nawet najdzielniejszą chadonistką, bo jedyną. 😀

  • Stosunkowo późno, bo w wieku 22 lat? Ja miałam 29… Wiele lat w plecy.
    Moje górki to też bardzo często rozdrażnienie, rozkojarzenie i sfrustrowanie. Zwykle powiązane z kreatywnością, ale to wygląda tak, że najpierw mam fantastyczny pomysł i jestem podekscytowana, a potem napotykam przeszkody (w mózgu lub na zewnątrz) i szlag mnie trafia. W mojej górce byłam gotowa rzucać nożami (metafora; no, miałam takie myśli) w moją matkę, bo w trakcie szału pisania przyszła zadać mi jakieś durne pytanie i przerywała genialny ciąg myślowy. Albo chciałam robić 10 rzeczy jednocześnie i nie mogłam się zdecydować, więc WRRR. Albo czytałam i odpływałam w ciągi skojarzeń.

    • 22 jak i 29, to stosunkowo późno w porównaniu do osób, które zachorowały i zaczęły leczenie jeszcze w okresie szkoły średniej. A sporo mam takich znajomych, którzy właśnie zostali poddani leczeniu w wieku 16-18 lat. I ich doświadczenia z choroby są całkiem inne! Np. dorosły świat bez leków – i ja i Ty wiemy jak to wygląda, bo zdążyłyśmy pożyć trochę z nieleczoną chorobą. Ale osoba która zachorowała w bardzo, bardzo młodziutkim wieku i od razu dzięki rodzicom trafiła do psychiatry i zaczęła się leczyć? Taki ktoś nie miał szans „sprawdzić” jak funkcjonuje jego choroba w dorosłym otoczeniu i często jest tak, że ma o tym przejaskrawione wyobrażenie (np. że bez leków, leczenia, wszystko byłoby super hiper fajnie, bo to leki to zło albo utożsamianie skutków ubocznych leków ze skutkami samej choroby).