10 faktów o mnie i moim chorowaniu cz. 2 – 6 lat z ChAD!

10 faktów o mnie i o moim chorowaniu – brzmi znajomo? Taki wpis pojawił się na blogu rok temu o tej porze. Trochę czasu minęło, a mi stuknął kolejny rok z diagnozą ChAD! Mniej więcej 6 lat temu, właśnie o tej porze, postawiono mi diagnozę Choroby Afektywnej Dwubiegunowej. Nie stało się tak od razu, odwiedziłam kilku różnych lekarzy psychiatrów i usłyszałam kilka różnych innych, mniej trafnych diagnoz. Ale w końcu, tak mniej więcej w sierpniu, wyszło szydło z worka. Z okazji tej małej rocznicy, podobnie jak w poprzednim roku, przygotowałam dla Was 10 faktów o mnie i o moim chorowaniu.

1. Diagnoza nie była przekleństwem

Ten moment, czyli moment, w którym pierwszy raz usłyszałam, że to właśnie na ChAD choruję był dla mnie… całkiem przyjemny. Dlaczego? Dlatego, że to była chwila przeze mnie wręcz wyczekiwana: dostać diagnozę, która wszystko wyjaśnia, która nie zostawia białych plam, co do której nie ma wątpliwości. Tak niestety było z każdą wcześniejszą diagnozą. 🙁 Kiedy usłyszałam, że to na pewno ChAD, to odetchnęłam z ulgą! ChAD pasował jak ulał do moich objawów, diagnoza tyle wyjaśniała! I skoro wiedzieliśmy – ja i mój lekarz – co mi jest, mogliśmy skutecznie zacząć działać, żeby mniej dawało mi w kość.

Znacie to powiedzenie: „lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu„? Dla mnie lepsza była pewna Choroba Afektywna Dwubiegunowa niż niepewne, nieskrojone na moją miarę diagnozy depresji czy cyklotymii.

2. Mój ChAD nie odstaje

Człowieka ciekawią różne rzeczy, prawda? Czasami przedziwne, jak na przykład jak nazywa się samica jelenia (nie, nie sarna!). Ja kiedyś spytałam psychiatrę jak wygląda mój przebieg choroby na tle innych pacjentów. Czy mam się z czego cieszyć, że trafiło się tak łatwo czy raczej płakać, że łatwo to mają inni, a mój egzemplarz jest wyjątkowo trudny? Potrzebowałam w tamtym momencie jakiegoś punktu odniesienia. Psychiatra, przez którego gabinet przewija się setki pacjentów w tym również z ChAD, bez zastanowienia(!) udzielił mi odpowiedzi. I powiedział mi wtedy, że ja i moja koleżanka ChAD plasujemy się gdzieś po środku stawki. Po środku, rozumiecie? To znaczy, że mogłam trafić dużo gorzej! Jak również dużo lepiej. 🙁

Te słowa lekarza wiele razy mi się przydały. Na przykład używam ich w głowie jako leku za każdym razem, kiedy słyszę: „bo tobie jest łatwiej, bo tak lekko chorujesz„. Może wcale nie tak lekko? Może na mój stan bardziej ma wpływ to, że regularnie biorę leki, współpracuję z psychiatrą i przez kilka lat włożyłam ogrom wysiłku w psychoterapię (która trwa nadal)?

3. Lekooporna!

Taka przez kilka ładnych lat „była” moja Choroba Afektywna Dwubiegunowa. Tak ją nazywał ówczesny lekarz, tak mam w karcie, nie wymyśliłam tego sama. 😉 Wcinałam wtedy leki jak cukierki, czyli coraz to inne, w coraz to większych dawkach, a efekt był… mizerny. Jakby go wcale nie było! Chyba, że patrzymy pod lupą i doszukujemy się jakichś drobnych ruchów, żeby celebrować je jako pewne oznaki życia. U mnie tych drobnych ruchów można się było dopatrzeć, ale nic więcej. Żadnych spektakularnych zmian!

W tamtym czasie wielkim postępem było to, kiedy przynajmniej przestało się robić dramatycznie gorzej, a było źle na ustabilizowanym poziomie. Może brzmi to dla Was strasznie, ale to naprawdę było coś! Ale żeby miało być lepiej? Żeby jakaś remisja? Wtedy nie do pomyślenia!

4. W krainie remisji

Jestem w niej już od prawie roku! Całkiem ładnie, jak na lekooporny ChAD, nie? 🙂 Ale lekooporny czy nie, remisja kiedyś wydawała mi się zupełnie niemożliwa do uzyskania! A już na pewno nie do utrzymania przez tyle czasu. Tymczasem daje się to zrobić! Balansuję w takiej przestrzeni pomiędzy „udaje się z ta remisją, bo los tak chce” a „mam remisję, bo JA na nią zapracowałam„.

Nie obyło się oczywiście bez małych potknięć w czasie tego roku. To nie jest tak, że mój nastrój i humor codziennie są takie same od roku. Zdarzają się momenty obniżenia nastroju jak i okresy wyraźnego podwyższenia. Na szczęście te stany ani razu nie spełniły kryteriów depresji ani hipomanii. 🙂 Nie oznacza to jednak, że czułam się wtedy ok. poza tym ja bardzo ostrożnie podchodzę do takich wahań.

5. Ojej, jak dziwnie!

Kiedy zmienia mi się stan, na przykład z depresji w hipomanię, to przede wszystkim jest mi dziwnie. Dziwnie, dziwacznie, przedziwnie. Ja już wiem – jeszcze zanim mam okazję sprawdzić, czy zmieniła się ilość snu, apetyt, chęć/niechęć do podejmowania aktywności, ilość energii, szybkość męczenia się, mówienia itd. To wszystko sobie spokojnie (lub mniej spokojnie) zaobserwuję w ciągu następnych godzin i dni. Uczucie dziwności jest pierwsze na miejscu.

Trudno mi to Wam opisać, czy nawet samej sobie wyjaśnić. Wyobrażam sobie, że to tak, jakby w ciemnym pokoju nagle włączono wiele świateł naraz albo jakby w pokoju bardzo jasno oświetlonym nagle wszystko pogasło. Wrażenie nie do zignorowania. Nowe warunki – przedziwne dla oczu, zanim się do nich nie przyzwyczają.

Jak dobrze, że „dziwność” to czasem fałszywy alarm! (Ale rzadko.)

6. Czy fantastyczny lekarz trafia się tylko raz?

Mój poprzedni psychiatra jest dla mnie bez wątpienia fantastycznym lekarzem. Dobrym specjalistą, z szeroką wiedzą i cudownym podejściem do pacjenta. Stwarza w gabinecie taką niesamowicie ciepłą, bardzo spokojną atmosferę. Najprawdopodobniej leczyłabym się u niego nadal, gdyby nie to, że się przeprowadziłam. Kiedy wiedziałam już, że na pewno zmieniam miasto, zdecydowałam, że nie będę dojeżdżała i potrzebuję psychiatry stacjonarnie w nowym miejscu. Tak czuję się po prostu pewniej. Mój lekarz zastanawiał się wtedy dłuższą chwilę, po czym polecił mi jedno nazwisko, z propozycją, żebym sprawdziła tę osobę jako kandydatkę na mojego nowego lekarza prowadzącego. Pamiętam, że byłam sceptyczna, że jak to, tylko jedno nazwisko, nie będę miała wyboru i będę musiała szukać na własną rękę, jeśli ta osoba nie będzie mi pasowała.

Osoba mi pasowała i pasuje nadal.

Ja naprawdę nie myślałam, że jest możliwe trafić na drugiego tak przefantastycznego lekarza! Mój poprzedni lekarz tak wysoko ustawił poprzeczkę, że z miejsca założyłam, że każdy kolejny lekarz do tego poziomu nie dostanie. Byłam o tym przekonana!

Okazało się, że moja nowa pani doktor jest ciepła, niezwykle empatyczne i bardzo ludzka. W żadnym innym gabinecie nie czuję się tak bardzo jak człowiek, a dopiero w drugiej kolejności jak pacjent. Coś cudownego i orzeźwiającego!

7. A może monoterapia?

Monoterapia, czyli taka piękna idea, według której pacjent leczony jest tylko jednym lekiem. Pierwszy raz usłyszałam o tym dawno temu, jeszcze na początku leczenia. Idea spodobała mi się dość mocno, jednak wiele razy od różnych lekarzy czy też będąc na oddziałach, słyszałam, że w praktyce w ChAD jest to dość rzadko stosowane, że większość pacjentów potrzebuje leków z kilku grup albo nawet stosowania kilku leków z tej samej grupy. Dla mnie monoterapia pozostała więc ciekawym pomysłem, ale też bardzo abstrakcyjnym.

Całkiem niepostrzeżenie zadziały się w moim leczeniu cuda. W tym momencie kiedy to piszę od bycia w monoterapii dzieli mnie bardzo niewiele. Tak blisko nie byłam nigdy. Nie wiem, czy uda się zejść do tylko jednego leku, ale jestem tego bardzo ciekawa.

8. Tatuaż

Dwa – trzy lata temu miałam trwającą kilka miesięcy remisję. Miałam wtedy taki pomysł, żeby wytatuować sobie nieduży i delikatny skład chemiczny jednego z leków, który wtedy brałam i który zresztą do tej pory biorę. Sądziłam w tamtym okresie, że skoro ten lek robi tak ogromną różnicę w moim leczeniu, to zawdzięczam tylko jemu mój poprawiający się stan zdrowia. „Trochę” przeszacowałam jego moc i zapomniałam, że jest jeszcze moje regularne branie leków, moje pilnowanie wizyt u psychiatry, moja praca na terapii, moje dbanie o siebie. Ale nie, dla mnie ten lek stał się symbolem poprawy.

Tatuażu nie zrobiłam. Nie żałuję.

9. A gdybym nigdy nie zachorowała?

Gdyby się tylko dało, chciałabym nigdy nie zachorować i być zdrowa.

Kiedyś tłumaczyłam to sobie inaczej. Wydawało mi się, że to zachorowanie to było zrządzenie losu, że tyle się dzięki temu nauczyłam, że tylu świetnych ludzi poznałam, że gdybym nie zachorowała, to nie byłabym taką mną, w takim miejscu w życiu, itd. Wydaje mi się, że wiecie już o jakie podejście mi chodzi. 😉 Ja byłam właśnie taka! Od jakiegoś czasu, całkiem niedawnego, sądzę, że po prostu wolałabym nigdy nie zachorować. Czy byłabym wtedy inna? Znała innych ludzi? Może ledwo odróżniała psychologa od psychiatry? Całkiem możliwe, ale przykre doświadczenie chociaż jednej depresji równoważy być może wcale nie przykre doświadczenie dorastania jako ktoś inny.

10. Osoby publiczne chorujące na ChAD

Coś lżejszego na koniec. Żebyśmy nie utonęli w żałowaniu i alternatywnych rzeczywistościach. 😉

Czuję ogromną sympatię do osób publicznych chorujących na ChAD. Mogę jakąś aktorkę czy piosenkarkę lubić średnio, czy nawet średnio kojarzyć, ale jak tylko dowiem się, że ona też choruje, to natychmiast moja sympatia mnoży się sto razy. Tak samo jak i wiedza na temat tej osoby. Jest to całkiem niemądry i irracjonalny zwyczaj, ale dopóki jest to nieszkodliwe, to sobie na to pozwalam.

 

Mam nadzieję, że zaciekawiło Was to, co przygotowałam dla Was teraz przygotowałam. 🙂

A link do 10 faktów sprzed roku jest tutaj.

 

About

Mam Chorobę Afektywną Dwubiegunową. Jestem pacjentką, nie lekarzem, nie psychologiem, ani żadnym ze specjalistów pracujących z osobami chorującymi psychicznie. Celem tego bloga jest pokazanie, że diagnoza psychiatryczna to nie koniec świata i że z ChAD można normalnie żyć. :) Więcej o mnie pod tym linkiem.

Zajrzyj też tutaj: